
Karton dla mojego profesora Wlodzimierza
Kunz'a (1926-2002)
Prof.Wlodzimierz
Kunz z Bogdanem Korczowskim w Paryzu 1996
Z dziennikow Izabelli Pajonk:
Wiadomosc o smierci. Zaskoczenie.
Imie i nazwisko, ktore zawsze umieszczam w mojej notce artystycznej: "dyplom
w pracowni prof. Wlodzimierza Kunza". Dreszcze przeszywaja me cialo.Lzy.Obraz
osoby tak bardzo dla mnie waznej. Szczegolnej. Jedynej. Niezwyklej. Moj Maestro.
Osobistosc,ktora podziwiami szanuje.Jeden z nielicznych oswieconych...Trudno
wyrazic mi to, co czuje...Nie wiem czyjest to smutek...Kupilam po raz pierwszy
le cigarette w automacie na jednej z ulic Bolognii.Pewnie wypale cala paczke.
Pale rzadko,ale jak juz to non stop,tyle ile do wypalenia.Movimento,ktore wypelnia
przestrzen. Caly czas dreszcze.I potrzeba kontaktu. Kiedy widzialam go po raz
ostatni ? Nie pamietam tej chwili. Przychodzi mi na mysl moja ostatnia powazna
rozmowa.Proba rozmowy. Glebokiej.Intymnej. Prawie spowiedzi.W Domino na Basztowej.Kreci
mi sie w glowie od tych fajek.Pelna bylam niepokoju i determinacji. Dwa lata
temu w roku 2000 przed moim pierwszym wyjazdem do Italii.Nie mialam sily,aby
otworzyc sie do konca.Bylam oniesmielona.Czulam sie zagubiona. Jeszcze wtedy
szukalam jakiejs rady... wskazowki... drogowskazu... a moze po prostu glebokiego
kontaktu...il raporto profondo... Czulam sie slaba.A on spokojny,z zyczliwym
usmiechem powiedzial do mnie:"Pani jest silna. Odwazna. Ja widze to w panimalarstwie...
pani ma ogromna sile... korzenie hiszpanskie." Nie wiedzial jak czuje flamenco,jak
czuje Andaluzje.
Nie wiedzial w tym sensie,ze nigdy mu o tym nie mowilam.Ale on to wyczuwal...
A wiec tak naprawde wiedzial. Bardzo podobal mu sie moj obraz piaskowy. Mowil,ze
przypomina mu pustynie.Egipt. Ja jeszcze wtedy nie znalam Egiptu. Pamietam jak
opowiadal ,ze w Egipcie,co rano wylawial patykami olbrzymie pajaki z basenu,
bo bylo mu ich strasznie zal. Pozostaly w mej pamieci skrawki zdan,pojedyncze
slowa... to,ze "nie mamy martwic sie rzeczami,na ktore nie mamy wplywu"......jesien...kojarzaca
sie profesorowi z okresem wojny kiedy mial zawsze przemoczone buty i cierpial
zimno i glod...Jednak najpelniej pozostala we mnie sama jego cicha OBECNOSC,atmosfera,ktora
powstawala kiedy wchodzil do pracowni...kiedy ogladal plotna...jasny,zyczliwy,pokorny,szlachetny,dostojny...
Kiedys przyniosl nam dwie siatki jablek na martwa nature.Ulozyl na bialym papierze
na stole. Do wieczora zjedlismy wszystkie. Byl lekki...jakby bez ciala... zawsze
w marynarce i w butach na duzym,kwadratowym obcasie. Uwielbial kawowe cukierki.
Zawsze cos namprzynosil...cukierki...ciastka...owoce......i jego USMIECH...
...zupelnie jak ten,ktory ostatnio przybyl domnie z Orientu......usmiech dla
ktorego warto zyc...
Panie Profesorze tak bardzo tesknie za panem tu na moim wymarzonym Poludniu,siedze
na magicznym Piazza Santo Stefano i patrze na kosciol i przeciecie drog......na
cyprysy,kolumny,portyki.....stare pomarszczone fasady domow...z cala ta scenografia
bardzo sie utozsamiam...lecz zycie,ktore toczy sie tu jest troche poza mna...
czasem nawet bawi mnie uczestniczenie w rytmach wloskich...w tej pulsujacej
muzyce glosnych rozmow,barowego gwaru i klaksonow... ale czuje,ze nie o to mi
chodzi...nie o to... tu zyje sieprzyjemnie,allegro,jedzac,pijac,krzyczac,calujac
sie,zartujac...ale czy dotyka sie tych sfer?
I znowu jestem w Golemie.To miejsce,w ktorym tez czuje ,ze jestem u siebie.Pije
Bianco Spruzzato campari con vino frizzante i pale purtroppo camele. Patrze
na moje fotografie,ktore sa w oddali.Plonie mi twarz...chlodze sie szklem z
campari...dotykam twarzy Jedynie muzyka mi dzisiaj nie odpowiada.Jutro chcialabym
pojechac do Venezii zobaczyc wystawe w Palazzo Grassi...slonie Colberta.Potem
Milano. Muzyka zmienila sie...czasem wystarczy poczekac...zycie toczy sie dalej...
zycie zawsze toczy sie avanti...choc niektorzy z nas wysiadaja na przystankach
po drodze...jeden z barmanow gwizdze melodie Antonio Jobim...pyszny jest ten
czerwony trunek i pieknie wyglada pod swiatlo...spazio rosso.. W drodze do Venezii.
Chcialabym przypomniec sobie cos jeszcze odnosnie Kunza. Regina w pelerynie
pelnej deszczu przytulajaca spontanicznie Kunza na schodach akademii. Przejezdzam
teraz po raz kolejny przez ROVIGO.Mysle o Herbercie. Rovigo - "arcydzielo przecietnosci"...
"...w asyscie jakich dzwonow zjawiasz sie Rovigo zredukowane do stacji do przecinka
do przekreslonej literynic tylko stacja - arrivi - partenze i dlaczego mysle
o tobie Rovigo Rovigo"Chcialabym kiedys wysiasc na tej stacji i wyjsc na SPOTKANIE.
Co czeka na mnie w Rovigo? kiedys zrobie to. I Ferrara...koniecznie pojechac,
by zobaczyc biale, podluzne obloki,w ktorych rozstrzyga sie los...Pamietam podarowalam
kiedys Kunzowi tomik Herberta "ROVIGO" z okazji wernisazu i na pierwszej stronie
jako dedykacje napisalam fragment z "Oblokow nad Ferrara":
"nie moglem wybrac niczego w zyciu wedlug mojej woli wiedzy dobrych intencji
ani zawodu przytulku w historii systemu ktory wyjasnia wszystko ani takze wielu
innych rzeczy dlatego wybralem miejsca liczne miejsca postojow- namioty- zajazdy
na skraju drogi - azyle dla bezdomnych- goscinne pokoje- nocowanie sub Iove-
klasztorne cele- pensjonaty nad brzegiem morza pojazdy jak latajace dywany z
basni Wschodu przenosily mnie z miejsca na miejsce sennego zachwyconego udreczonego
pieknem swiata w istocie byla to mordercza wyprawa splatane drogi pozorny brak
celu uciekajace widnokregi a teraz widze jasno obloki nad Ferrara biale podluzne
bez zagli prawie nieruchome suna wolno lecz pewnie ku nieznanym wybrzezom to
w nich a nie w gwiazdach rozstrzyga sie los"
Chcialabym dotknac teraz obrazu Kunza,ktory wisi w mojej sypialni. Kobieta i
mezczyzna patrzacy
w przeciwnym kierunku w pejzazu srodziemnomorskim. Wlasciwie kadr z mojego zycia..
Wrocilam z Bolognii. Wchodze do sypialni by spojrzec na pejzaz srodziemnomorski.
Dotykam reliefowej powierzchni plotna.Patrze...Kiedy zasypiam czuje nad glowa
kojace ,
biale dlonie.