KORCZOWSKI home page


Korczowski Prawa Autorskie©2007
Wszystkie materialy na stronie internetowej Korczowski chronione sa prawami autorskimi. Zadna praca nie moze byc reprodukowana, kopiowana, przechowywana, przetwarzana,
albo uzyta w calosci lub czesci, bez pisemnej zgody. Wszystkie prawa zastrzezone.


Korczowski Copyright©2007
All materials appearing in this Korczowski web site are under protection of international copyright laws.
No painting may be reproduced, copied, stored, manipulated or used whole or in part of a derivitive work,
without the written permission of Korczowski. All rights reserved.

Pierwsze co zrobila jak sie spotkali,to sie porzygala.

W polowie zdania zrobila sie szaro-zielona i poszla do lazienki. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Kiedy przyszedl, ostatni, na te kolacje do Doroty to czul sie taki spokojny. Szedl jak do ciotki. Naje sie, porozmawia I wroci spac. Dobrze mu to zrobi, pomyslal. Przeszedl wlasnie przez kilkumiesiecznia dziure. Kiedy przestal wyc i bic glowa o sciane, po tym wszystkim, po tym jak sam poderznal gardlo tej, ponad czteroletniej milosci, jak strach zwolnil tempo, strach pustych nocy, jak przestal sie bac sie ludzi i bac sie wyjsc z domu, to postanowil zadbac o siebie. Taka spokojna kolezenska kolacja dobrze mu zrobi. Czul sie bezpieczy. Kiedy wszedl, to oni juz pili od dawna. Dorota dawala tempo. Jestem "A", a ja jestem "B", przedstawili sie. Male zacisniete powieki. Pare minut pozniej powszla zwymiotowac. Siedzieli potem przy otwartym oknie. Zimne powietrze dobrze jej zrobi. Oziembia sie. Powiedzial. Tak jak w Krakowie. Odpowiedziala. Shit. Ty tez? Znowu tamto miasto, fala strachu, ale nic, jest przynajmniej temat do rozmowy. Otworzyla zacisniete oczy. No co ? Jest OK ? taaaak, moge pic z powrotem. Mruknela.Trudno, trzeba byc grzeczny i tez sie napije. Pomyslal. Dorota dolewa i dolewa. Ostre tempo. Moze zatanczymy? Jest milo. Spokojnie. Cieplo. Bezpiecznie. Ona mu cos przypomina. Aha,tak, juz wiem, to ten plakat w metrze. Pomyslal. Tak,tak ,to ta piosenkarka, Axel Red, z belgijskim akcentem!. Uspokoilo go to. Zrobio sie pozno, wszyscy ledwo stoja na nogach. Powoli sie oproznialo. Trzeba wracac. Zawioze ja taksowka I pojade dalej do domu ale zeby tylko nie chorowala w taksie. O niczym wiecej nie myslal. Nagle otrzezwial. Uslyszal ja. Kiedy taksowka podjechala , to powiedziala: Jedziemy do Ciebie. To mu sie nie wydawalo. Tak powiedziala. Nawet to nie brzmialo jak zapytanie. To bylo tylko potwierdzenie. Jak wiadro zimnej wody , otrzezwial. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. W samochodzie bylo cicho I potulnie, bezpiecznie, nic nie mowili, lekka muzyka usypiala. Glaskala jego dlon. W windzie przytulila sie do niego. Zapalil swiatlo. Poczekaj, musze wlaczyc ogrzewanie. Powiedzial. Tu jest piec metrow pod sufitem. Zawsze zimno. Kiedy juz wrocil do ogrzanego pokoju to lezala na brzuchu, rozebrana, w bialych majtkach. Przez sekunde sam jeszcze nie wiedzial ze juz to gdzies widzial. To nie bylo tu, tylko w tamtym hotelu w Rzymie. Ale jeszcze o tym nie wiedzial. Zsuna jej te biale majtki i zaczal ja lizac. Wszystko stalo sie tak nagle odlegle. Tyle razy sobie obiecywal ze juz nigdy wiecej nie bedzie sie tak szybko wkopywal, ale to dzieciece, jasne, matowe cialo odpowiadalo z cichym przymrukiem, oddalajac jego wlasnal niepewnosc. Czas przestal miec wartosc. Wszystko bylo tak jak chcial. Poczul sie wolny. Nareszcie wolny. To byla pierwsza noc gdzie nie myslal o Rose, pierwsza noc gdzie zapomnial o Rose. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Ranek. Kac. Caly nastepny dzien przespal na potwornym kacu. Zebra mial jak polamane. Ale czul sie dobrze. Poznym wieczorem nie mogl zasnac. Za duzo spalem. Pomyslal palac papierosa za papierosem na mezzaninie. Nagle flash. Nie to nie byl plakat z piosenkarka Axel Red. To bylo gdzies indziej. Jego mozg zaczal pracowac na milionowym obrocie. Archiwum. Zdjecia w galerii u Yves'a. Wystawy. Gdzies juz ja spotkal. Tylko gdzie? Jego obsesyja pamiec do obrazow dala znak. Znowu flash. Tak, wiem, jest, to bedzie tu. Wstal, wlaczym komputer i sie zaczelo. Roy. Tom pierwszy, drugi , trzeci I czwarty. Albumy Taschen. Fotografia przez wielkie F. Tak. Tak to tam bylo. Ten Hotel w Rzymie. Biale majtki. Wyspy Kanaryjskie. Basen. Palmy. To samo zacisniete spojrzenie. Potwierdzenie. Nawet nie przypuszczal ze tak szybko bedzie mial dosyc. Dlaczego to wlasnie ONA? . Po co ja w tm grzebie? Szukal dalej. Znalazl tez te zdjecia ,ktore go zbily z nog. To tez ona. Ostro. Sam sobie wybrales ten swiat. Uslyszal. To on powiedzial sam do sobie na glos.Tak ten Swiat. Swiat Sztuki. Jeden Wielki Burdel. Jego mistrzowie: Araki, Helmut Newton , Jan Saudek no I ten Roy . Jego wlasna praca to ten sam nurt. Inaczej, bokiem, ale to ta sama rzeka. Jego Fototeka. Jego Panienki. Jego Mlode panienki. Sztuka. Milosc. Wielka Sztuka. Burdel. Ucieczka. Wylaczyl komputer. Byl wyczerpany. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Rano przyszedl mail: "Podoba mi sie jak mowisz ze zamiast rozumiec nalezy czuc sztuke, bo to o to chodzi, mam nadzieje ze sobie jeszcze o tym pogadamy"… Wytlumacze Ci. Inaczej. Nie e-mailem. Dam ci poczuc te Sztuke. Pomyslal. Wyszedl na piate pietro. Male, mile studio na poddaszu. Kot. Fritz. Najpierw przywital sie z kotem. Potem z nia. Chcesz wodki?. Nie. Jedno jedyne zdjecie. Jej portret. To Roy ci zrobil? A z kat ty to wiesz? Znasz Roy'a? Zapytala, jak przestraszony ptak. Spokojnie. Nie wszystko na raz. Porozmawiajmy o Sztuce. Opowiedzial jej o sobie. Duzo. Uspokoila sie. Opowiedzial jej wiele, zbyt wiele, ale chcial aby sie uspokoila. W ciemnosci jej cialo oswietlone bylo tylko mala strozka swiatla z ekranu niedomknietego komputera. Popatrzyla na niego tylko raz. Moze to tylko raz otwartymi szeroko oczami. A tak to miala zacisniete powieki. Lubisz Bol? Bol jest bardzo blisko rozkoszy. Powiedziala. Shit. Nie widzial jej oczu, ale moze tylko patrzyla tak przez zacisniete powieki. Potem lezeal caly spocony I cieszko dyszal. Rozmawiali przez chwile. Dla mnie Milosc to dobry Sex. Powiedziala. Taaak? Ktos tu czegos nie rozumie. Potrafi sie kochac ale nie potrafi kochac. Zimny bunkier. Zasieki. Po tym wszystkim wtulila sie w niego I zasnela. Rano padal snieg. Bylo czyste zimne powietrze. Miala radosna, dziecinna twarz. Rozluzniona. Sama pocalowala go w metrze. Tak jak czasami widac kochankow na ulicy. Zazartowala. Znowu czul sie dobrze. Po tym wszystkim co przeszedl nadszedl krakowski mokry snieg . A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Pamiec. Jak "Gdzie sie podzialy niegdysiejsze sniegi?" Tytul z Tadeusza Kantora. Tamten snieg, tamte ulice. Krakow. Teraz Paryz. Realnosc. Rzeczywistosc. Walka. Stal przy oknie pracowni i patrzyl na biale platki spadajace na szare dachy. Tak moze byc zawsze. Pomyslal. W wydawnictwie Tachen mieli tylko trzeci i czwarty tom. Kupil trzeci bo czwarty byl slabszy I drogi. Zadzwonil telefon. Przyjde po pracy, powiedziala. Przygotowali sobie picnic I obejzeki turecki film Head -On. Wspanialy film. Robiony przez niemieckich turkow. Turcja. Ona tez tam krecila film. Tytul
"Z dala od domu", czy cos takiego. Istambul. Konstantynopol. Bizancjum. Grecja -Turcja. Byl w tamtym regionie wiele razy . Z Claudine. Z Nadia. Z Myriam. Z Sandrine. Byl tam bardzo szczesliwy. Bizancjum. Estetyka. Piekno. Sztuka. Slonce. Podroz. Ucieczka. Byl wyczerpany. Zmarzniety. Wlazl do wanny. Wslizgnela sie za nim. Umyl jej stopy. Polozyla mu na twarzy te swoje male zmeczone stopy. Pocalowal. Ssal. Byl wyczerpany od dawna. Od wielu miesiecy bardzo zle je. Pali. Zle spi. Bierze Prochy, aby spac. Praca, Praca, jedno wazne to jego praca. Zajebal sie kiedys ostro Lexomilem . Chcial po prostu spac. Tym razem kochali sie krotko. Zbyt krotko. Potem dlugo rozmawiali i palili papierosy. Nikomu nie pozwalal palic w sypialni, ale palenie ja rozluznia, tym bardziej ze mowi, przy tym duzo i szybko. O sobie. Powoli wypelnia sie mozaika wspomnien. Sluchal. Myslal. Co ja wtedy robilem ? Z kim wtedy bylem? Daty. Daty. To jego specialnosc. Opowiadala mu o swoich przygodach, podrozach. O Sukcesach, kleskach, porazkach, o "chlopakach". Chcialam sie tak nauczyc zycia. Powiedziala. Myslal ze walnie glowa o szafe. To nie jest ta szkola. Nic z takiej nauki nie wynika. To nie tak, ale trudno. Sama tego chciala. Teraz jest za pozno. Kiedys bedzie odgrzebywac te zasypana studnie. Zajmie jej to duzo lat. To ja dopiero czeka. Narazie to Bunkier. Zimny bunkier. Ucieczka. Wieczny poscig. Brak wyboru. Nie jej wina. Zaczelo sie jak dla wielu. General Jaruzelski. Pierwsza ucieczka. Oboz. Potem druga. Nad daleki zimny polnocny Pacyfik. Potem trzecia w druga strone. Ucieszka DO Krakowa. Nastepna. Potem ucieczka Z Krakowa. Paryz. Spotkanie Roy'a. Ile miala lat.19? O,kurwa, pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Kochali sie. Nie patrzyli sobie w oczy. Unikali swojego zwroku. W srodku nocy zobaczyl ja. Spala na plecach z wyciagnietymi rekami przed siebie. Trzymala je prosto wycelowane w sufit. Tak jakby sie chciala obronic. Cos odepchnac. Nie dopuscic. Patrzyl przez chwile. Opuscil te napiete rece. Wtulila sie w niego. Przestala sie trzesc jak lisc. Jej oddech stal sie regularny. Patrzyl na nia w mroku. Miala rozluzniona twarz. Dnia nie pamieta. Wieczorem przyszla fotografka Sara i przyprowadzila modelke. Sara bedzie robic swoje zdjecia w jego pracowni i odwdziecza sie za to modelkami dla niego. Modelka. Cala ubrana na czarno. Czarny makijaz. Gotycka. Chuda. Tak chuda ze jak sie rozbierze to zniknie. Tak do niej wlasnie powiedzial. Chyba sie obrazila. Zmyla sie. Chyba juz nigdy nie przyjdzie. Niewazne. Byl daleko ot tego. Woli myslec o kims innym. O niej. Bedziesz mi pozowala? Naprawde tego chcesz? Chce. Bardzo chcial jej robic zdjecia. Chcial sie na nia patrzec, ogladac, glaskac zwrokiem. Piescic oczami. Ona doskonale wie o co chodzi. Byla juz wielokrotnie na planie. Wie co jest grane. "Patrzenie jest zwiazane z dotykiem, ktory jest seksualnie niezbedny"...mniej wiecej tak pisal Zygmund Freud. Psychoanaliza. Pschychoterapia. Ale on musi sam dojrzec do tych zdjec z nia. Patrzyl na jej stopy w trampkach i myslal o tym zdjeciu Roy'a gdzie stoi w szpilkach na brzuchu faceta I trzyma sie sciany. Tom trzeci. Okladka. Musisz dbac wiecej o te stopy. Powiedzial. Lubie nosic trampki. Burknela. Zdjecia. Przypomnial sobie te z Warszawy. Nawet tam byla z Roy'em. Warszawa. Obce miasto. Bal sie tego miasta. Pierdolony krakus w stolicy. Duza wystawa w Zachecie. Sukces. Dawno. Niesmiertelnosc. Przed wernisazem poszedl na koncert lokalnych punk-ow. Stary brudny namiot. Bloto. Ale milo. Przyszedl odprezyc sie. Monika. Z Plocka. Malolata. Lizala go calego. Jak kot. Wszedzie, przez cala noc. Napisali mi na drzwiach gownem: Zydowa. Tak sie zalila przez lzy. Skurwele. Powiedzial. Spiepszaj z tad. Poradzal. Wypierdalaj z tego kraju. Namawial. Zadepcza Cie. Lekcja nie poszla na marne. Znalazla szmal. Bilet w jedna strone. Lewa wiza od kolezanki. Potem czesto pisala z Kanady. Przysylala zdjecia. Po drugim dziecku zbrzydla. Utyla. Wyrzucil zdjecie. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Zostal tylko jego obraz z tytulem: "List do Plocka". Plock. Nigdy tam nie byl. Stach przed samym soba. Strach ze lekcja poszla na marne. Strach ze sie sam niczego nie nauczyl. Wrazliwosc. Poezja. Bol. Spac. Zapomniec. Myslec tylko o pracy. Dzielo. Sztuka. Tak bedzie lepiej. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wrocila ostra chec robienia Fototeki. Polaroid. Jego Fototeka. Ile tego juz zrobil? Ile modelek, panienek, dziewczyn? Nie pamieta. Szczepki ciala. Fragmeny. Brak twarzy. Anonimowosc. Rozproszenie. Pamietal jak jedna sie posikala ze strachu. Myslal ze ja za to uderzy. Polala caly materac. Nigdy jeszcze tego nie robila. Kajdanki. Nigdy nie brala do dupy. Plakala. Jak miala na imie? Zaraz. Valerie ? . Mscil sie. Umial sie mscic. Kiedys. Teraz juz nie. Skurwel. Pomyslal o sobie.Byly. Buddysci wybili mu to zglowy. Nie ma juz zemsty. Nie ma juz walki. Okopow. Odwetow. Juz nie potrafi. Fototeka. Od dawna nie robil zdjec. Przerwal wszystko, spakowal. Wrocil do malarstwa. Jestem malarzem, powiedzial. Przerwal wszystko po tym jak Deborah zginela. Rozjechal ja jakis kutas jak psa. Nawet niczego nie poczula. Wracala wieczorem na rowerze. A ten buc jechal 180 km na godzine. Miala takie cholernie piekne, dlugie, ciemno- brazowe matowe cialo. Jej kolor pochlanial cala sile swiatla flashu z aparatu. Polaroidy wychodzily ponure. Inne. Deborah. Nigdy nie trzymal jej w ramionach. Nigdy sie nie kochali. A teraz juz jej nie ma. Za pozno. Zostaly tylko te zdjecia. I jej niedokonczona muzyka. Nagrywala plyte. Wracala z proby. Jak wyszedl z cmentarnego krematorium to powiedzial sobie : Nigdy nie wroce do zdjec. Spakowal fototeke. Chcial zapomniec. Teraz wie ze to nieprawda. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wymienili maile. Poslaj jej tekst napisany przez Amelie. Dowiesz sie czegos o mnie Napisal. Czy przeczytala? Tak. Wszystko zostawia jakis slad. Nawet jak sie nie chce. Slady jak na sniegu. Nie wiemy o tym ze jak bedzie trzeba,to po tych sladach zawsze mozna wrocic kilka metrow. Nawet we mgle. A przeciesz ta Amelie chciala byc taka dyskretna. Bez sladow. Czysto. Sterylnie. Kazda sobota. W poludnie. Przez wiele miesiecy. Wygodnie. Bez restauracji, kina, teatru, wydatkow, rozmow , spacerow. Mezatka. Strach przed spotkaniem kogos znajomego. Brak zdjec. Dyskrecja. Uwazala ze tak lepiej ,a przeciesz tyle sladow zostawila. I ten tekst "Love Letters". A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Znowu pomyslal o Rose. Pomyslal znowu o tym co mu nie wolno. Cisza od Rose. Chce sama udowodnic ze da sobie rade. Nie dzwoni. Nie prosi. Jest silna. Bo zabrala, ukradla mu cala sile. Negocjowal swoja kapitulacje. Nic to nie dalo. Zabrala szystko. Nie zdawal sobie wtedy sprawy ile. Nawet klucz do jego tajemnic. Wszystkich. Najglebszych. Czuje sie jak wyprany. Slaby. Miekki. Myslal ze mogl liczyc na siebie. Myslal ze jest silny mowiac: Masz 48 godzin. Wynos sie. Powiedzial. Gowno. Teraz nie moze dac sobie rady sam z soba. Kiedy jej uczucie powoli agonizowalo to rzucila mu w twarz: Mozesz sobie piepszyc kogo chcesz. Tylko zebym o tym nie wiedziala. Zezwolenie. Amnestia. Shit. Tak poznal Amelie. Bez poczucia winy. Raz w tygodniu. Sobota. Za dlugo to trwalo. Dlatego to stale zmeczenie, wyczerpanie. Musi uwazac na siebie. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wieczor. Zadzwonila. Rozmawiali dlugo przez telefon. Luz. Temat: podroze. Mowili o podrozach. Lubi to jak on. O prawdziwych podrozach. Nie o ucieczce. Mowil o tym co jest Piekno, Sztuka, Art, Artysta. Rozpedzil sie w monolog. "Ja nie jestem artystka" odpowiedziala nagle. Ona nic nie rozumie. Burdel. Kurt Vonnegut napisal ze jedni ida do lozka aby sie pieprzyc, a inni zeby porozmawiac. Ja tez, porozmawiac, odpowiedziala. Zdziwil sie. W jakim jezyku? . Staral sie o nic wiecej nie pytac. Odlozyl sluchawke. Bo trzeba umiec zniesc konsekwencje odpowiedzi na zadawane pytania. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Maszyna nadziei. To byl tytul jego obrazu: "Die Hofnungs Machine Ist An". "Maszyna nadziei ciagle wlaczona". Po niemiecku. Obraz z serii "Love Letters". " Rose. "Widocznie mozna zyc bez powietrza." Jak piszesz do mnie to nie wystukuj na maszynie, tak, tak, taaak, tak" ... tak spiewala w Piwnicy Ewa Demarczyk poezje Pawlikowskiej. Znowu Krakow. Zapomniec. Nie myslec. Przyszla pozno. Czerwony plaszcz. Czerwony kapturek. Dziki wilk przebrany w owieczke. Bambi. Czerwony plaszczyk. Przytulil jej wlosy. Ona pachnie troche tym Krakowem. Ale inaczej, bo nie zyje tam od dawna. A moze to tylko te papierosy w jej wlosach tak pachna? Moge umyc glowe? Jak to ladnie brzmi po polsku. Pomyslal. Mycie glowy. Przed sexem.
On sam od dawna nie mowil tym jezykiem w lozku. Brakuje skojazen. Ale teraz slowa powracaja. Powracaja jak dalekie wspomnienia. Zazartowal: Las Vegas, Las Palmas, Las Wolski. Test. Trzeba sie urodzic w Krakowie aby zrozumiec ten zart. Natychmiast wybuchnela smiechem. Jej smiech byl ostry, gleboki, troche przez nos. Kurcze. Kurcze. Mowila czesto. Mowila to przez nos. Lubial sluchac tez ten sam smiech nagrany na jej sekretarce. To irrytuje ludzi. Powiedziala. Mnie nie. Pomyslal. Mnie juz nic nie irrytuje. Jak sie kochali to czul ze ma jeszcze wilgotne wlosy. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Fototeke rozpoczal robic jak spotkal Nadie. Nadzieja. Nadia i jej brazylijski tylek, ktory obnosila jak sovieccy generalowie medale. Nastepna modelke przyprowadzila sama Nadia. Wiedziala czego mu brak. Testowala go. Wiedziala czego chcial. Mlode. Test. Czy ja zdradzi. Nie zdradzil, ale i tak odeszla. Potem przyszly inne. Duze,male, cienkie, grube. Mlode. Niektore bardzo mlode. Pamieta je wszystkie. Ale jak we mgle. Najlepiej pracowala Sophie. Kochala to. Lubiala samo to, ze sie na nia patrzy. Sam zwrok ja podniecal. Nigdy nie wiedzial co powiedziec przy jej mezu. Rozjechala, go zniszczyla. Kiedy to sobie sama uswiadomila, to wszystko co mu zrobila, to odeszla w 5 minut. Zrobila mu straszna krzywde. Bylam mloda I glupia. Powiedziala pozniej. Kurwa mac. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. A inne? Kazda miala jakis wlasny powod, aby brac udzial w fototece. Jedna tylko powiedziala: NIE. Charlotte. Miala 18 lat jak ja poznal. Wytarl sie w nia jak w klineks. To Charlotte tak rzucila mu w twarz na dworcu. Przed odjazdem do Wiednia. Kiedys po latach wrocila na chwile. Jak wspomnial o pozowaniu i zdjeciach to syknela ze mu da znowu chwile wszystkiego co chce, ale TEGO nigdy mu nie da . Moze naprawde to wlasnie tylko ona zrozumiala o co tu chodzi. Sztuka. Dzielo. Estetyka. Pragnienie. Charlotte doprawiala rogi wszystkim znanym facetom , a spala tylko z gwiazdami, rezyserami, artystami. Imponowalo mu to. Byla jak opetana, ze jej teatr i jej talent rozpiepszal ja od srodka. Prawdziwy geniusz. Jeszcze o niej uslysze. Pomyslal. Tak sie stalo. Jeden na milion. Totolotek. Nieprawdopodobny zbieg okolicznosci. Dyskretna Amelie dorabiala rogi Charlotte , przed laty w Orleanie. Charlotte dostala szalu. Chciala za wszelka cene wiedziec, kto napisal " Love Letters ". Nie chcial tego zdradzic. Jestem gentelmenem. Odparl. "Ty,Ty , bucu, ty chuju, kto to jest ta dziwka ?". Tak krzyczala. Caly jej zamek z kart sie zawalil. Wszystko prysnelo jak banka. Prawdziwy Teatr. Teatr zyciem placony. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Ciagle Flash-back. Virginie. Zrobila to z nim bo byl starszy od jej ojca. Podobny. A z ojcem nie wolno. Jedyna noc. Wystarczy. Chciala byc biblotekarka po maturze. Opiepszyl ja. Patrzyla na niego duzymi otwartymi oczam jak sie spienil. Biblotekarka,coo ? Jak naprawde kochasz literature to pisz, pisz, pisz . Wrzeszczal. Wiele lat pozniej przeczytal w gazecie ze Virgienie opblikowala juz drugi tom nowel, czy poezji. Dostala nagrode. Zrobilo mu sie milo. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Agnes. Troche niemka, troche francuska. Cicha, zyje sama z mala corka. Spotykali sie sporadycznie w dzielnicy. Nigdy nic sie nie dzialo. Dzinsy. Sweter. Wojskowe buty. Grzeczna. Wiecznie bez grosza. Troche maluje. Lata sie znali i nic. Przyjazn. Kiedys mina ja na targu. Poszedl po ostrygi. Chodz na kawe, zrob mi zdjecia. Powiedziala. Zglupial. Dobrze. Kiedy. Jutro. Przyszla z cala torba. Miala w niej wszystko, nawet bat I lancuch. Rznij mnie,rznij mnie. Jeczala. Potem rzucila: Ja taka nie jestem na codzien. Spakowala sie I poszla corke odebrac ze szkoly. Spotkali sie tak kilka razy. Nadal ja widuje czasami w cafejce. Café z anarchistami. Bylymi. Nigdy o tym nie mowia. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Zapomniec o Rose. Zapomniec o wszystkim. Rose. Rose Kach. "Cash". Hiszpanska zydowka. Pireneje. Gory. Natura. Dluga, wysoka. Wyzsza od niego. Duze ,ciemne oczy, miesiste usta. Cztery lata z nim. Chodzili po Pirenejach kilkakrotnie. Zyli razem jak w symbiozie. Dzien po dniu. Razem. 24 godziny na dobe. Pasja I codziennosc. Miala 24 jak ja poznal. Avignon. Festiwal. On mial wtedy ponad dwa razy tyle. Zapomniec. Jej smak. Zapach. Jej cichy usmiech. Oczy. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dzwonek. Przyszla. Pokazal jej ten trzeci tom co kupil u Taschen'a. Ucieszyla sie. Ozywila sie. To ja, to ja i tu tez ja. A to ja z Roy 'em. Pokazywala. Wiem. Napisala na jednym zdjeciu: Ilekroc bedziesz przegladal te ksiazke to bedziesz tesknil za moimi abdos. Czy cos takiego. Juz teskni za jej abdos. Wlaczyl komputer. Zrobil blad. Pokaze ci moje zdjecia. Powiedzial. Plik Pamela. Pamela to pseudonim Agnies. Sama tak wymyslila. Potem otworzyl zdjecia Rose. Nawet nie wiedzial po co to robi. Wielki blad. Shit. Rose kiedys powiedziala : Zabije cie jak komus to pokazesz . Nikt tego nigdy nie ogladal. Ona to widzi pierwsza. Jest naprawde pierwsza od Rose. Po Rose. Szybko przelatywal setki zdjec przegladarka. Nawet nie patrzyl na ekran. Nareszcie. Nareszcie zdradzil Rose. Widzisz jak zmienila sie powiedzial. Nic nie odpowiedziala. Patrzyla. On nie. Poczul zmeczenie. Nie wszystko naraz. Powoli. Ale to nie on idzie ostro. Pogubil sie. Lezala w wannie. Patrzyla jak sie golil .Wstala. Mokra. Moge ci ogolic glowe? Zapytala. Czul jak staranie drapala jego czaszke. Powoli. Uwazala aby go nie pokroic. Gladka ogolona czaszka. Zdjecie bunkra z Kambodrzy. Czaszki. Pol Pot. Czerwone Kmery. Chceli zbudowac czysty komunizm. Pare milionow zabitych. Trupy. Czaszki. Zlikwidowali wszystkie pojecia i wartosci. Pieniadze. Milosc. Kobieta. Mezczyzna. Sztuka. Estetyzm. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Rose. To musialo sie zle skonczyc. Trwalo o rok za dlugo. Zapomniec. Spac. Nie myslec. Wrocil myslami do tomu trzeciego. Ona. Ona I Roy. Hotel w Rzymie. Biale majtki. Z kim tam byl? Z Nadia. Przypomnial sobie. Rzym. Bylo goraco. 45 °. Duszno. Lezeli nago, lepili sie od potu. Przez otwarte drzwi na balkon bylo widac najpiekniejszy pejzaz na swiecie. Rzym. Forum Romanum. Park Borghesse. Fontanna Milosci. Muzeum Watykanu. Jej smiech. Spocony smiech Nadii. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Gaela. Pomyslal. Mala blondynka. Kiedy Gaela przestala dla niego pracowac poczula sie niepotrzebna. To Gaela zrobila festiwal Tadeusz Kantor i on. Uciekla do Chin. Do pracy. Uniwersytet. Pekin. Potem do niego wyslala tekst o fototece. Bylam za mloda. Napisala. Nie rozumialam. Wystukala w Chinach tekst o fototece "Akt rozproszony". Duzo zrozumiala. Potem. On nie byl w Pekinie, a przeciesz juz kiedys mial bilet w tamta strone. Wtedy, przed laty, jak okradl go kolekcjoner. Nie mogl tam poleciec, ale tego samego dnia, wieczorem, spotkal Nadie. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Siedzieli na mezzaninie. Ogladali "Deep End" Skolimowskiego. Nigdy tego nie widzialam. Powiedziala. Dobre kino. Gra tam Jane Asher. Podobna do Sophie. Scena w basanie. Pod woda. Klasyka. Roy tez robil podobne zdjecia. Wszyscy takie robili. Pomyslal. Lubil jak zostawala na noc. Rano zostawil ja spiaca i dyskretnie poszedl na targ. Kiedy przyjechala Sara na swoja sesje to jeszcze jedli te poranne swierze ostrygi. Sara byla bardzo zdenerwowana. Otoczyl ich tlum. Dwuch chlopakow do swiatel. Dziewczyna do makijazu jest jak niedzwiedz I do tego cala na niebiesko. Modelka z Litwy. Ladna. Banalna. Swietlana. Czy cos takiego. Przestawili cala pracownie. Zainstalowali swiatla. Praca na planie. Przerazona Sara gubi rytm. Musi sie spieszyc. Przez samym seansem robi im razem pare fotek. Na probe. Czuje jej male drobne cialo wtulone pod pache. Zeby tylko Sana nie wymazala tych zdjec. Pomyslal. Wynajeta litewska modelka mowi tylko po angielsku. Sara sie placze wiec ona przychodzi z pomoca. Wydaje rozkazy modelce. Wchodzi na plan. Widac ze wiele zna. Widac ze wiele widziala. Roy. Roy i Inni. Sara sie uspokaja. Praca nabiera rytmu. Padaja tylko krotkie urwane slowa . Rozkazy. Dudni muzyka. Zrobilo mu sie slabo. Ile razy to ona sama byla przed obiektywem?. Pomyslal. Godzinny pracy na planie. Do upadlego. Do zdretwienia. Przeszla dobra szkole. Roy. Najlepsza. Poczul sie naprawde zle. Poszedl na gore. Niepotrzebnie pil biale wino do tych ostryg. Polozyl sie. Na suficie blyskaly swiatla flashu z pracowi. I ten glos. Po angielsku. Na tle muzyki. Tresowala Modelke. Krotkie rozkazy. Jak trzask bata. Kiedy przerwala I wyszla na gore rozpial jej dzinsy i wbil sie ustami w jej kotke. Mruczala. Przerwal. Za duzo ludzi dookola. Chcial wszystkich wygnac z pracowni. Kiedy wreszcie Sara skonczyla I zostali juz sami zgasil swiatlo. Zajmij sie mna. Powiedzial. Natychmiast zrozumiala. Blady, zamglony ksiezyc dawal wrazenie ze jej cialo ma kolor z olowiu. Olowiany zolnierzyk. Samotny wojownik. Pomyslal. Kolor bunkra z cementu. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Potrzebne mu sa wakacje. Niebawem poleci do Zakopanego. Byl tam niedawno na zaduszki, bylo cieplo, jesiennie, ale teraz bedzie zimno i duzo sniegu. Oglada codziennie pogode w Zakopanym przez internet. Brakuje mu tego. Tatry. Pomyslal. Kiedys szedl z Darkiem na Koscielca. Male ostre gowno. Tylu tam spadlo. Lawiny. W srodku zimy. Z slabym sprzetem. Jeszcze za komuny. Kiedy w sniegu po pachy, zamarzniety i oslepiony poczul ze za chwile sie odklei od sciany, poprosil o line. Ulamek sekundy. Uslyszal. Darek nucil: "Did you ever Go clear?" Leonarda Cohena. Przeszly go dreszcze ze strachu, ale poczul line. Zrobilo mu sie goraco. Zrozumial ze Darek wiedzial ze on spal z jego zona. Mogl go tam zostawic. Nie bylo by sledzctwa. Alarm lawinowy. Nie wolno im bylo wychodzic. Na dworcu PKS nic do siebie nie mowili. Zaplacil mandat za Darka. Nie wolno palic na dworcu. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. W srodku nocy poszla z komorka do lazienki. Sprawdzic wiadomosc. Potem nie mogla zasnac. Miala szeroko otwarte oczy. Klopoty? Zapytal. Nie. Shit. Grajmy w otwarte karty. Poprosil. Zapytala: Czujesz sie samotny? Tak. Ja tez. Odpowiedziala. Lezeli obok siebie w ciemnosci. Jak dwie cmy. Dwie cmy, ktore wala glowa o rozgrzana zarowke. Paryz. Zarowka. City of lights.To granie w otwarte karty zabrzmialo jak modlitwa. Skomlenie. Nie rob mi krzywdy. Tego nie da sie powiedziec siedzac przy stoliku z ruletka. Te karty sa od bardzo dawna znaczone. Maja polamane rogi i wgiecia. Tymi kartami nie da sie grac otwarcie. Jeden wielki Las Vegas. Swiatlo i Cmy. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Las Vegas. Byl tam piec razy. Casino Golden Nuggets, Casino Rio, Casino Luxor. Goraca ,sucha noc. Nie teskni. "Five hundred" powiedziala. Za cala noc. Do dzis pamieta jej ciemny usmiech. Jej ciemne cialo. Dorabiala na studia. Ostro dorabiala. USA. Ameryka to jego zamknieta ksiazka. Wielkie dzielo. Dziesiec lat latania przez Ocean. Atlantycki. Dziesiec lat latania przez cale USA , z Nowego Jorku nad Pacyfik. Przejechal legendarna highway number one z San Diego do San Francisco. Tam I z powrotem. Z Douglasem. Douglas mial swira do jezdzenia. Pierdolona szybkosc. Dobre auta. Byl jego pilotem na Torze Laguna Seca w Kalifornii. Amatorski rajd, niedzielne jezdzenie w kolko przez 24 h. Trzeba bylo pilota. Zeby nie zasnac przy kierownicy. Zgodzil sie. Drugiego dnia niemieckie BMW przekoziolkowalo przed nimi kilkakrotnie i wbilo sie w mur opon ochraniajacy widzow. Wybiegl z gasnica. Stos opon syczal topiac sie wysoka temperatura rozgrzanego silnika. Wyrwali poskrecane drzwi. Wyciagneli kierowce. "Das is gut, das is gut". Zyl. Polamany. Zrobilo mu sie niedobrze.
Tak naprawde to nienawidzil samochodu. Nigdy nie zrobil prawa jazdy. Byl dzieckiem jak jego matka miala powazny wypadek. Kilka lat odwiedzal ja w szpitalach. Byl wtedy maly. Brakowalo mu matki. Przez lata. Potem bylo za pozno. Nigdy nie oswoil tej samotnosci. Do samotnosci. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dawniej jezdzil z Kosciuszkami. Siedzieli w Cafe Rio na Jana. Zakladali sie kto bedzie szybciej w Myslenicach, lub Zakopanym. Zardzewiale Polskie Fiaty, Lady, Moskwicze, Skody. Podrasowane. Wyjace, smierdzace spalinami wraki. Gowniarze. Smarkate, lokalne James'y Dean'y. Na rajdzie pod Wroclawiem Jankowi zablokowalo hamulce. Maciek wlazl pod gorace auto. Jest OK. Mozesz jechac. Na mecie Janek wyskoczyl z fury I uderzyl Macka piescia w twarz. Mackiek niczego nie naprawil. Odblokowal hamulce odcinajac przewod. Janek wygral rajd bez hamulcow. Bili sie dlugo. Macka juz nie ma. Zawal. Teraz Janek jest milionerem. Jego syn rajdowym Mistrzem Polski. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Podroze. Ucieczka czy lekcja? Tak naprawde to woli Europe. Romantycznie. Jak mila piosenka. Mala literatura. Krotka nowela. Ale w ciaglym ruchu. Wiecznie od wiekow. Pasja. Barok. Rzym. Watykan. Napisali ze skandal ,bo sikala na placu watykanskim w filmie Roy'a. Bzura. Powiedziala. To bylo gdzies indziej. W Rzymie ale nie Watykan. Pod zwyklym murem. Prasa tylko szukala sensacji. Powiedziala. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Jacek Szmuc uciekl z Krakowa do Australii i zabral ze soba wszystkie zdjecia. Hippisow. Piotr Marek. Krzysztof Niemczyk ,Gulla. Zdjecia Dominiki. Dominika. Malowala sobie piersi na zielono. Podnosila sweter i patrzyla mu w oczy. Podoba ci sie ? Tak. No to chodz. Ile wtedy mial lat ,15? Dominika wsadzila glowe do piekarnika I puscila gaz. Shit. Czy Jacek ma nadal jej zdjecia? Australia. Daleko. Za daleko. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Krajobraz po bitwie. Stare, zarosniete trawa pole minowe. I ten jej bunkier. Strach. Oswoil sie z niedoleczona depresja. Ale nie oswoil sie z samym soba. Nawet buddysci mu nie pomogli. Sylvana miala takie dziecienne cialo. Jeszcze bardziej jak ona. Wrobelek. Sylvana Byla bardzo zaangazowana w Buddyzm. Duzo praktykowala. Zachecala go do dyscypliny. O 6 rano. Byla z Palermo. Sycylia. Wiecznie cierpiala na brak swiatla I ciepla w Paryzu. Palermo. Jego Palermo. Z Claudine. Z Nadia. Jak mafia zabila sedziego Falkone to wprowadzili stan wojenny. Przylecieli wtedy do pustego hotelu. Upal straszny. Spac sie nie dalo. Cala noc sluchali dudniennie helikopterow. Czolgi. Pustka. Wszyscy uciekli z goracego miasta. Pieciogwiastkowy hotel mial nawet zamknieta restauracje. Jedyne miejsce gdzie mozna bylo cos zjesc to dworzec. Odmrozona pizza. Spacerowali w ciemnosci. Palermo. Barok. Nostalgia. Melancholia. Mondello. "Co wy tu robicie?" ktos do nich krzykna z jedynego samochodu. "Spiepszajcie, tu jest wojna".Uciekli na romantyczna wysepke Ustika. Nurkowal . Krysztal. Blekit. Kolorowe dno. Ryby. Czerwone, zolte, zlote, czarno-biale. Sycylia. Drapal sie z Nadia na Etne. Potworna gora zuzlu. Aktywny wulkan. Trujace gazy. Stopnialy mu buty jak zagladal do krateru. Wlochy, Palermo, Rzym, Wenecja, Piza, Florencja, Bolognia, Turyn. Wszedzie inaczej. Druzgoczace Piekno. Turyn. Czarna bazylika. Wszystko z czarnego marmuru. Tunika. Szmata , w ktora byly zawiniete cialo Jezusa. Skupil sie. Ekstaza. Religijna ekstaza. Slady ciala na przescieradle. Plamy zycia. Krew. Pot. Lzy. Sperma. Giorgina robila mu sniadanie, obiad, kolacje. Pracowala w galerii. Chcieli zeby malowal dla nich. Sciagneli go z Paryza do Turynu. Konfort pracy. Malowal non stop. Duzo. Giorgina robila mu zarcie I sprzatala to swoje mieszkanie zamienione na jego pracownie. Giorgina pisala w kacie swoja prace magisterska z historii sztuki. Miala taki sliczy akcent. I oczy. Duzy biust. Lubil ten biust. Kropelki spermy I slady farby z jego palcow. Czysta sztuka. Krawat notariusza. Jak jej chlopak przyjechal nagle z wojska to musial sie zwinac. Zeby gowniaz mu nie poderzna gardla. Wtedy marszandka galerii wsadzila go do palacu swojej przyjaciolki. Duzy mieszczanski palac zupenie pusty. Kilometry pustych pokoi. Spal w najwiekszym. Materac na srodku. Nie widac bylo scian. Cisza. Jak na scene. Przypomnial sobie Morrisona : " Lezac obok zakrwawionej ,nieletniej, ktora wlasnie stracila dziewictwo, mozna wymyslec nowa religie lub zaplanowac morderstwo "..Czy cos takiego. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Znowu poczul zimno. Brak. Poludnia. Slonca. Cieplego morza. Energii. Shit. Pomyslal. Paryz. Brak swiatla. Brak ciepla. Wilgoc. Brak milosci. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Glaskal ja delikatnie. Z kat masz te blizny na plecach ? Zapytal. Koles mnie posowal po betonie. Odpowiedziala bez zenady. Nawet bez obwijania w kolorowy papierek. Tak po prostu. Posowal mnie. Rano zrobil kawe. Podziekowala mu trzy razy. Zly znak. Grzeczna. Za grzeczna. W lazience zobaczyl ostentacyjnie polozona szczoteczke do zebow. Uspokoil sie. Ale to tylko zaslona dymna. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Anonimowosc. Tak powiedziala Helen. Nie mogl znalesc powodu dla ktorego przyjechala do Paryza z tamtego pieknego, poludniowego, pomaranczowego miasta. Do zimnego, cynicznego Paryza? Anonimowosc. Odpowiedziala. Mozna sie otrzec o kogos I go nigdy wiecej nie spotkac. Helen dostala misje w Nowym Jorku. Odleciala. Zapracowala sie tam tak ze az wpadla w depresje. Chyba wrocila na poludnie. Otrzec sie o kogos jak o beton. Tylko zostaja blizny. Male biale slady, swiecace w ciemnosci. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Slady w ciemnosci. Douglas lubil prowadzic. Mocny duzy samochod terenowy. Wracali z Grand Canion w Arizonie. W ciemnosci migaly tylko drzewa. Jasne blizny. Jechali szybko, bardzo szybko. Wypadlo stado saren. Douglas zrobil to ,co by mu nigdy nie przyszlo do glowy. Zgasil swiatla. Otarli sie o cale stado pedzacych saren. One wszystkie w ruchu. Oni tez w ruchu. Byly jak miekkie. Jak na zwolnionym filmie. Ocieraly sie o nich, slyszal stukot kopytek o szybe I maske. Nadia jeknela z tylu jak mysz, rozgniecona spadajacymi plecakami. Douglas wreszcie wychamowal poslisk. Dlaczego zgasiles swiatla? Zapytal. Bo gdyby je oslepili to cale stado by stanelo sparalizowane jak skala. Wbili by sie wtedy w ten mur z miesa. Juz by ich nie bylo. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Lubil podrozowal z Nadia. Grecja. Sycylia. Tatry. Nowy Jork. Nevada. Wszedzie gdzie robil fotki na pamiatke to widac jak Nadia gdzies kuca. Sikala wszedzie tam gdzie bylo pieknie. Ona tez sikala w Rzymie. Ale nie kucala. Na stojaca. Jak sie ten film nazywal. Julia. Przypomnial sobie. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Ponad 15 lat temu w Nowym Jorku Beatrice dala mu ultimatum. Mial wybrac. Nowy Jork czy Paryz. "Give me a break". Poprosil. Polecial na zachod aby podjac decyzje. Arizona, Uthah, Nevada, California. Szlajal sie strasznie. Czasami nawet nie wiedzial gdzie jest. Obskurne motele. Luksusowe hotele. Lotniska. Gory skaliste. Pustynia. Kaktusy. Zdegenerowani indianie. Alkoholicy i narkomanii. Otkrywanie tajemnicy. Apokalipsa. Wrocil i wybral. Wybral Europe. Spiepszaj. Syknela Beatrice. Nadal lata na wyspy karaibskie z mamusia szukac meza. Przyslala zdjecia. Piekna plaza. Ladne ma cialo. Jeszcze. Po tylu latach. Policzyl. Wszystkie wielkie rozstania zwiazane sa z jakas plaza. Z Claudine rozstal sie po Sycyli. Z Nadia rozstal sie po Grecji. Z Myriam po pobycie w Tunezji. Z Gaela po powrocie z Maroka. Sandrine to chyba Turcja. A Rose ?. Znowu Rose. To byla znowu Tunezja. Sahara. Kolisseum w El Jam. Szedl po plazy i sluchal Jimi Hendrixa w walkman'e na pelen gaz. Slonce jeszcze nie zaszlo, a juz bylo widac Ksiezyc. Duzy pomaranczowy Ksiezyc. Hendrix wyrywal mu mozg. Zagluszyc bol. Rose powiedziala: chodz. Chodz do pokoju. Ale to bedzie ostatni raz. Na werandzie slychac bylo szczebiotanie ptakow. Radosny szczebiot z odchodzacego w noc upalu. Kochala sie z nim mocno. Bardzo mocno. Za mocno. Zeby zaslonic to ze nic nie czuje. Tunezja. Znowu Tunezja. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Jesienia polecial sparalizowany z bolu do Krakowa. W Dymie plakal do dziewczyny Petera ze jest stary, ze nigdy juz nikogo nie spotka, ze juz mu nie staje. Wtedy Malgosia wysmiala go ze jest glupi. Smiala sie przy wszystkich. Mowila na caly glos: Ze zapomnial o tym ze od czasu jak ona sama zyje z Peterem to w Dymie widziala go juz chyba z czterema roznymi laskami, ktore przywiozl ze soba. Smiala sie z jego bolu. Ironia. Nie wierzyla. Gowniara. Pomyslal. Peter. Prawdziwy kumpel. Ostry performer. Kiedys sie cpal. Mlodosc. Ich mlodosc. Lezeli z Peter'em zarabani na podlodze. Pomiedzy nimi laska. Malolata. Nie mogla sobie trafic w zyle. Duza strzykawka. Za komuny. Dawno. Pomylila sie. Zle trafila. Krew sikala rytmicznie az do sufitu. Uderzyl ja w twarz. Maly zmiety szczeniak. Gowniarzu, przestan sie cpac, wrzeszczal i bil. Przestraszyla sie. Ponoc przerwala. Ktos powiedzial. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Peter. Zawsze u niego mieszkal w Nowym Jorku. Zwlaszcza po tym jak stara Suzane przeprowadzila sie po emeryturze do Arizony. Miala w Down Town taki duzy loft ze nie mozna bylo zdazyc dobiec do telefonu. Znala Picassa. U Petera na Soho bylo ciasniej. Ale fajnie. Mexykanskie piwo. Muzyka. Zawsze ktos sie krecil. Staral sobie przypomniec imie tego Czecha czy Slowaka. Zatrzymal samochod posrodku mostu z New Jersey do Manhattanu. Przerzucil nogi przez balustrade. Skoczyl. Nawet go nie znalezli. Edward przyslal DVD z Londynu. Film, ktory nakrecil w San Francisco. O tych co popelniaja samobojstwo skaczac z Golden Gates. Film sie nazywa "Death Leap". A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Spotkal przypadkowo Perrine. Myslal ze mieszka od dawna w Londynie. Uciekla. Kiedys chodzila z chlopakami do lozka jak po papierosy. Z wszystkimi. On tez. Cos sie w niej zlamalo. Peklo. Rozmawiali dlugo. Rozumiesz, ja nic nie pamietam. Jeczala. Mialam ich tylu ze nic nie pamietam. Nie mam nic. Rozumiesz? Nic. Jestem pusta. Teraz jakby jej zakleilo. Sama sobie zakleila. Marzy o wsi i chodowaniu koz. Wies. Natura. Pireneje. Rose. Shit. Przestac myslec.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Kiedy ostatnio bylo mi dobrze? Pomyslal. W Egipcie. Podroz. Nie polecial tam aby sie z kims rozstawac. Polecial tam sam tylko dla siebie. Luxor, Karnak, Edfur. Nareszcie. Zobaczyl. Zwiedzal w samotnosci. Histora Sztuki. Podstawy wszystkiego. Nieskonczonosc. Milczal i patrzyl. Nikim nie musial sie opiekowac. Pytac czy ma pragnienie, czy jest zmeczona. Caly typowy burdel. Bez gadania do kogos, bez porannego szturchania. Sam na sam. Wstawal o 6 tej rano. Aby zdazyc zobaczyc swiatynie przez miazdzacym upalem. Zobaczyc. Widziec.Dotknac. Pamietac. Nil. Dookola pustynia. Suchy upal z Sahary. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Lezal jak faraonska mumia. Polmrok. Ona siedziala na nim. Czul jej scisnieta pochwe otoczona rudym zarostem. Tak jak na zdjeciach Roy'a. Jej ciepla cipka. Narzedzie zycia i smierci. Barokowa kaplica z dzwonnica lechtaczki. Wilgoc zycia. Renesansowy urok greckiej bogini. Antyczne piekno. Jej napiete miesnie nog. Podnosila sie i opadala. Regularnie. Jak fenicki statek z czterdziestoma wioslami na monotonnej, srodziemnomorskiej fali. Ugryzl mocno jej malutka sutke. Zajeczala ale nie przerwala. Trzymala ster. Poczul kropelki potu splywajace po jej plecach. Po jej bliznach. Beton. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Gwaltownie odwrocil ja na brzuch. Wszedl w nia. Zaciskala posladki. Potem patrzyl na jej tylek jak szla do lazienki. Takia pupe widzial juz w atenskim muzeum. Grecka bogini. Lezaca. Podparta na lokciu. Wszyscy glaskali ten marmur. Tylek swiecil wypucowanym bialym marmurem. Najpiekniejsze poslatki Swiata. Niesmiertelnosc. Cywilizacja. Estetyka. Sztuka. No i to zdjecie Roy'a. Ona tylem w otwartym oknie. Posladki. Te same. Tak, jest niesmiertelna. Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Grecja. Byl tam wiele razy. Kult piekna i slonca. Milosc.Od Aten po Rodos i Krete. Mykonos. Delos. Paros. Kos. Santorin. Pomyslal. Ah, wysepka Santorin , to resztki nuklearnego kataklizmu. Wyrwany z morza wulkan. A raczej krater. Jak nastapil naturalny wybuch to woda morska wlala sie w to gardlo. Nastapila straszliwa eksplozja. Setki bomb atomowych. Przez lata bylo tyle pylu w powietrzu ze nic nie rozkwitalo. Slonce dawalo tylko ponure swiatlo. Niektorzy mowia ze cywilizacja na Krecie tak umarla. Z glodu. Nic nie roslo. Z zanieczyszonego powietrza tworzyl sie filtr. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Jego podroze po morzu Egejskim. Pepek Swiata. Tu sie narodzila nasza cywilizacja, kultura, sztuka, teatr, poezja, filozofia. Narodziny Europy. Pomyslal. Kawalek wody pomiedzy Grecja i Turcja. Efez. Tam zmarla matka Chrystusa. Biblioteka Efez. Podpalil ja wariat ,ktory chcial byc niesmiertelny. Jest niesmiertelny. Efez. Aspendos. Hierapolis. Utopia. Piekno. Estetyzm. Konya. Byl na grobie fundatora tancerzy derwisz. Sufizm. Najbardziej suptelny nurt estetycznego islamu. Myslal o Blekitnym Meczecie. Istambul. I ta wsciekla , patologicznie zazdrosna Sandrine. Z orientalnymi oczami. Z orientalnym cialem. Orientalny taniec brzucha. Mocna, wysoka, silna, z duzym biustem. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Zajrzal do albumu Roy'a ,zna juz go na pamiec. Dzwonila. Zostawila wiadomosc. Znalazla zdjecia. Inne albumy. Filmy. Pokaze mu . Kiedys. Siadl do komputrera. Czul renesans jezyka Ojczyzny. Dawno nie pisal. Slowa powoli powracaly. To ona to zpowodowala. Powrot slowa. Slowo. Obraz. Pisal. Bez celu. Czasami sie zatrzymujesz w pol zdania. Powiedziala. Chcial byc precyzyjny. Szukal slow. Zapatrzyl sie. Lubil francuski. Jezyk i dziewczyny. Sam robil ciagle bledy. Francuski. Wszystkie mialy cos z poczekalni do psychoterapy. Niedopowiedziana tajemnica. Zawsze intelektualnie interpretowaly sex. Psychoanaliza. Trzeba sie polozyc aby mowic. Mowic o Matce, Ojcu i Sexie. Rzez duze S. Pomyslal. Ciekawosc. Czasami mialy w konciku ust usmiech. Jak mowil ze swoim slowianskim akcentem. Jak milo mowisz. Czesto slyszal. Ciekawosc. Rose miale tez akcent, tylko z poludnia. Spiewala. Mowila spiewajac. To wszystko. Brak mu tego. Tendresse. Czulosc. Tendrese=amour, gentillesse, affection, attachement, attendrissement, effusion, caresse, amabilité, douceur, amitié. Jak to pieknie brzmi. Brak mu tego. Rose. Burdel. Troche czulosci. Kurwa mac. To wszysko. Kilka gramow czulosci. Uciazliwy zwierzecy brak. Chce znowu wyc. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Nowy Jork. Szczury. Cale stada szczurow. W Cat's Club dlugo obserwolal dziewczyne. Caly wieczor patrzyl z ukrycia na jej piekne gole plecy. Jak zniknela to wyszedl. W ciemnosciach uslyszal szmer ze stosu porzuconych kartonow. Szczury. Pomyslal. Odwrocil glowe I zbaranial. W kartonach lezala dziewczyna. TA dziewczyna. Zaciskala gumke zebami. Wbila sobie igle gleboko. Prosze Cie. Nie patrz na mnie. Wyszeptala. Please. Don't look at me. Prosba. Modlitwa. Szczury. NYC. Milosc I nienawisc. Wszystko na krawedzi brzytwy. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Gaela chodzila do parku. Zbierala witki. Ostre swierze galaski. Przychodzila i kladla te witki na stole. Nic nie mowila. Potem kapala go. Duzo piany. Myla go zamydlona gabka, powoli. Kladla te galezie na poscieli. Odwracala sie. Zagryzala zeby na poduszce.Teraz. Szeptala. Chlostal ja tymi witkami. Polamal na niej pare galazek. Syczala z bolu. Kazala mu sie potem sposcic na te czerwone pregi. Sperma i krew. Komunia. Pojednanie. Nawracanie niewiernych. Wyrzynanie indian. Krwawa komunia. Milosc podawana z nozem na gardle. Wojna stuletnia. Byla taka mgla ze nie mogli rozpoznac kto katolik, a kto protestant. Padl rozkaz. Wyrznac wszystkich. Bog swojego rozpozna. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Brak tolerancji. Tolerancja. Wyspa Delos. Antyczny Las Vegas. Totalna tolerancja i Milosc. Delos. Zbudowali bulwar z dziesiatkami swiatyn. Dla kazdego boga. Codziennie bylo nowe swieto. Codziennie swietowali innego boga. Olbrzymi teatr pod golym niebem. Jeden wielki festyn. Delos byl tylko zabroniony dla starcow i chorych. Zabronione bylo tam umierac. Umierajacych deportowano na wyspe obok. Delos nie znal cierpienia, brzydoty, lez. Nawet niewolnikow traktowano na rowni. Delos przez kilkaset lat to sex, sex, sex. Cywilizacja. Kultura. Sztuka. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Istambul. Palac Topkapi. Jeden facet I kilkaset lasek. Przez kilka wiekow. Palac. Park. Estetyka do skrajnosci. Tylko dla jednego chuja. Wladza. Tysiace mlodych dziewczat. Z calego swiata. Najpiekniejsze dziewice. Kilkaset lat bez zmian. Wladza. Przemoc. Pragnienie. Emancypacja. Rewolucja. Wojna. To wszystko tylko dlatego ze ktos komus nie dal dupy. Albo dal, tylko komus innemu. Jedna wielka Wojna Trojanska. Niczego sie nie nauczylismy. Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Utopia. Pierwsze uniwersalna cywilizacje stworzyl Aleksander Wielki. Cywilizowal antyczny Swiat swoja armia wiernych i zakochanych w nim chlopaczkow. Nawracal na estetyke. Nozem. Sila. Utopia krwia zaplacona. Wielka lekcja tolerancji. Jak wszedl do Babilonu to zbaranial. Nie mogl zrozumiec z totalitarny system Persow wymyslil cos takiego. Takie piekno. Otruli go. Jak wszystkich. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Codziennosc. Samotnosc. Uplywajacy czas. Zadzwonil. Gagali ponad godzine. Przyjde jutro. Powiedziala. Bylo to jak stare kino. Dobre kino. Déjà vu. Jak weszla szedl Dylan. Na cala pare. Desire. Co to ? Dylan. Jeszcze cie wtedy nie bylo na swiecie. Powiedzial. Desire. Jak ta plyta wyszla to dopadli ja jak wrony. Byla zima. Za komuny. Jakas piwnica w Krakowie. Ewa. Muzyka na full. Pili wodke. Stanela przed nim. Zaczela kolysac swoje biodra. Jej szeroka sukiennka falowala. Bylo widac dziury w potarganych ponczochach. Podnosila dlugie czarne cyganskie wlosy obiema rekami. Dylan. Desire. Kolysala sie w rytm piosenki "Isis". Czul jej spocony brzuch tuz przed nosem. Kochali sie jak dzieci. Brakowalo im wszystkiego. Mieli tylko siebie. Mieli milosc ale nie mieli wolnosci. Wolnosci wyboru. Ewa. Ktos mowil niedawno ze zwariowala. Moze tylko tak mowil. Na korytarzu ASP patrzyla mu w oczy. Nie dales mi zadnej szansy. Powiedziala. Ewa. Uciekl do Londynu na pare miesiecy. Myslal ze spotka dzieci kwiaty, a spotkal punkowych gowniarzy. No Future. Londyn nauczyl go duzo. Klasowa walka. Marks I Engels. Camden Town. Shit. Ile mial wtedy lat? Pomyslal. 23 urodziny spedzil w Londynie u Macka. Zapedzil sie w samego siebie. Nie pamietal imiona tej irlandki. Byla piegowata, cala, wszedzie. Byla w Chile jak zamordowali Aliende. Opowiadala ze byla w hotelu obok palacu prezydenta. Pocisk z bazuki przelecial przez jej pokoj. To tez bylo 11 wrzesnia. Po tym zamachu stanu deportowali ja zpowrotem do Angli. Chile. Do dzis sie nie moga doliczyc ile zamordowali tam ludzi. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Londyn. Nie wiedzial co robic. Zostac? Wracac? Palil trawe. Irlandka zaspiewala mu piosenke: "Trzecie wyjscie". Stara ballade.
O wyborze. Nigdy jej nie zapomni tej lekcji." Trzecie Wyjscie." Wiele mu ta piosenka pomogla. Znalazl wyjscie. Wrocil i spotkal Claudine. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Czasami trzeba wrocic po sladach. Po tych sladach na sniegu. Zeby potem dalej skoczyc. Odbic sie. Przejsc po linie. Wbic pokrwawione paznokcie w sciane. Kochac. Kochac. Kochac. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wieczorem gladali film " Opowiesci Zwyklego Szalenstwa ". Marco Ferreri . Stare kino. Dobre kino. Deja vu. Wedlug ksiazki Charles'a Bukowsky'ego. Styl. Obrona prawdziwego stylu. Duza agrawka. Jak sie nazywala ta wloska aktorka?. Nie pamietal. Wbija sobie duza agrawke w policzek. Poezja. Na koncu znowu wbija te sama agrafke ale nie wpoliczek. W cipe. Zamyka sobie wargi sromowe. Wszystkim. Na zawsze. Styl. Sztuka. Piekno. Sztuka. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Tym razem kochali sie spokojnie. Smiala sie. Czul jej smiech od pochwy az do gardla. Jej scisnieta pochwa drgala jak gardlo. Mial w niej orgazm. Nie, nie wychodz. Sproboj jeszcze raz. Sprobowal. Znowu. Cieplo wymieszanych plynow . Gorace. Coctail milosci. Nie myslec o smierci. Lubie ci sprawiac przyjemnosc. Powiedziala. Unikala jego zwroku. On tez. Bolaly go plecy. Zrobie ci masaz. Kiedy skonczyla to polozyla sie na jego zmeczonych plecach. Ciepla kolderka. Czul jej male,ostre sutki. Kolysala go. Jak do snu. Cieply ciezar. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Rankiem zobaczyli niebieskie niebo. Raj. Nareszcie. Pierwsze slonce. Poszli do parku. Siedzieli na sloncu wtuleni w siebie, jak dwa wroble, aby nie czuc zimnego wiatru. Pierwsze slonce. Dobrze mi z toba. Powiedziala. Kiedy przyjezdza J.M.? Zapytal. W czwartek. Znowu wieczor. Przy wodce. On nie pil. Ona tak, ochoczo. Lubi to. Mowila ze kiedys brala ekstazy, a teraz tylko afetamine. Czasami. Zapytala o czym mysli. O niej. Powiedzial jej o jej bunkrze. Powiedzial jej o tym kurewskim bunkrze. Plakala. Mowil do niej, o niej. To co juz wiedzial. Niedojrzala matka. Nieobecny jeden ojciec. Abstrakcyjny drugi ojciec. Typowy uklad. Zbudowala Bunkier. Nie potrafi kochac. Wie ze ja kochaja. Lubi jak ja kochaja. Ale ona nie potrafi. Nie jej wina. Przerwal. Probowala mu dopowiedziec. Nazwala to laboratorium. Laboratorium wiwisekcji. Eutanazja. Autopsja. Byla prosta i szczera ,a on unikal banalow. Tak tak I tak. Nie owijal w bawelne. Mowil szybko. Monolog. Dudnila muzyka. Let it bleed. Niech sie wykrwawi. Plyta Rolling Stonsow. Zagubienie w oczach. To tak nie moze trwac w nieskonczonosc. Musi wyjsc z bunkra. Tam tez jest niebespiecznie. To jak ten prom kosmiczny, ktoremu brakuje jednej plytki izolacyjnej. Wszyscy to widzieli w TV. Amerykanski prom spalil sie w atmosferze. Biala strozka w atmosferze. To tyle. Ze wszystkimi kosmonautami. Jedna plytka byla uszkodzona. Z paru Tysiecy. Wszyscy o tym mowili. Niewielu jednak wiedzialo ze w tym promie splonal stary bohater. Jednym z kosmonautow byl Bohaterem Narodu Izraelskiego. Byly pilot, ktory ochotniczo prowadzil kiedys eskadre izraelskich mysliwcow.Mialy zadanie zbombardowac iracka centrale atomowa. Nie mieli wiele szansy do powrotu. Wydrapali sie do stratosfery I z tamtad poslizgiem dolecieli do Iraku. Francuskie rakiety zrownaly z ziemia centrale nuklearna budowana przez francuzow. Wszyscy piloci wrocili. Nie zabraklo paliwa. Bohaterstwo. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Umowil sie na zdjecia. Wreszcie. Dobrze mi to zrobi. Napisala w mailu. Jemu tez . Pomyslal. Wlaczyl TV. Irak.
Z obrzydzeniem wylaczyl telewizor. Ciezarowka z tona dynamitu. W starej dzielnicy Bagdadu. Boom. Masakra. Jedna z wiekszych w ciagu ostatnich 4 lat. Amerykanie przegrali te wojne jeszcze przed nacisnieciem pierwszego guzika. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Nie przeanalizowali pochodzenia parii Baaz. Wyrodek Sovieckiego komitetu centralnego. To tam to zplodzili, dla arabow. Aby sie nauczyli nacionalizmu. Taki zielony bolszewizm. Zielony leninizm. Amerykanie zrobili beznadziejny skrot geopolityczny. To byla wielka bomba z dlugim lontem. Teraz nie ma wyjsca. Zamurowane. Nie ma z kim negocjowac. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. A buc, ktory zorganizowal zamach 11 wrzesnia 2001 nadal siedzi w pakistanskiej grocie. Polityka kamienia lupanego. Grota. Nora. Zasrany Swiat. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Pierwszy raz w zyciu uslyszal o tym w 1975 roku. Cwierc wieku przed WTC. 9/11. W Aserbajdzanie. Sovieckim Aserbajdzanie. Malutkim kraju pomiedzy pustynia a Morzem Kaspijski. Piasek i nic wiecej. Mial 20 lat. Mlodzi w Baku mu wytlumaczyli ze przyjda zmiany. Kiedy? To jest tylko sprawa czasu. Wspomnieli o Chomeinim. Nikt jeszcze nie wiedzial kto to taki. Mloda dziewczyna smiala sie z niego. Byla w Komsomole bo kazali. Wy jestescie glupi. Mowila. Wszyscy. Rozpiepszymy was wszystkich od srodka. Wsadzila Zwiazek Soviecki i Ameryke do tego samego kibla.
I sposcila wode. W mundurku konsomolu wysiadajac z autobusu zdjela buty I zakryla twarz. Tak trzeba. Powiedziala. Zniknela idac boso po brudnej ulicy. W konsomole uczyla sie strzelac z kalasznikowa. Dla dobra ojczyzny sovietow. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dzwonek. Przyszla zmeczona. Przyniosla swoj film Julia. Zrobil kolacje. Rozluznij sie. Do zdjec nie mozesz byc napieta. Poszla sie kapac. Przygotowal polaroidy, swiatlo, materac, ogrzewanie. Wlaczyl film Julia. Masz teraz mniejszy nos. Powiedzial patrzac na jej twarz z przed lat. Ale cialo to samo. Rzym. Julia. Bardzo slaby film. Roy jest wielkim fotografem. Ale ma niestety aspiracje filmowe. Niestety, bo to ma niewiele wspolnego z kinem. Przypadkowy zlepek. Jest fotografem, nie jest rezyserem. Ostatnie minuty filmu najlepsze. Jak sika w Rzymie. Lepsze to od calego filmu. Wrocil do fototeki. Zrobimy kilka polaroidow na probe. Powiedzial. Puscil Doors'ow. Lezala w czerwonych bucikach. Nago. Czerwony snureczek. Zaczal od bucikow. Sterylnie. Fragmentarycznie. Kawalek po kawalku. Widac ze to lubi. Jeszcze jej nie ogladal w takim ostrym bialym swietle. Jej rude wloski. Wypnij bardziej tylek. Powiedzial. Zmien buty. Na inne zasznurowane. Wygladaja jak noze. Ostre. I jej nagie cialo. Dzieciece. Piekne. Male. Przytulne. Wypiela sie. Ja nie wiem jak wygladam z tylu. Pokaze ci. Powiedzial. Wszedl w nia. Zaczeli sie kochac. Wesolo. Gryzl ja po karku. Patrzyla z pod powiek w lustro. Na niego. W ostrym swietle halogenu. Mruczala i obserwowala go przez zacisniete powieki. Dalej robil zdjecia. W koncu ona tez wyciagnela maly aparat z torebki. Strzelali sobie fotki. Razem. Fajna zabawa. Dobrze mi to zrobilo. Powiedziala. Na koncu to wlasnie ona sama zrobila najladniejsze ujecie wieczoru: Pusty materac, pomiete przescieradlo posypane polaroidami. Slad. Odeszlo to w wiecznosc. Pomyslal. Zdjecie jest bezposrednim swiatkiem naszej przeszlosci. Amen. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Nastepny szary dzien. Zadzwonil wieczorem. Byla wyczerpana. Chora. Przyjdz. Powiedziala. Najpierw przywital sie z kotem. Czesc Fritz. Powiedzial. Miau. Odpowiedzial Fritz. Byla w pizamie, swetrach, szalikach, pantoflach. Kaszlala. Pili zielona herbate i ogladali zdjecia. Mala kilka fajnych ujec Roy'a. Dzisiaj wygladasz inaczej. Zazartowal. On tez wygladal zle. Zchudl 5 kg od wrzesnia. Lezeli wtuleni pod koldra. Byli zmeczeni. Nic z tego nie bedzie. Zacisnela palce na jego czlonku. Skonczyla go szybko. W nocy palil papierosy. Sluchal jej ciezkiego, nieregularnego oddechu. Meczyla sie z gardlem. Fritz tez chrapal swiszczac. Pewie sie nazarl swoich klakow. Rano wstal wczesnie. Oboje wygladali jak zombie. Zalowal ze tu przyszedl. Nawarstwiajace sie zmeczenie. Warstwa na warstwe. Byla jeszcze noc. Padal snieg. Mokry. Nie moge dluzej zyc w tym napieciu. Pomyslal. Wielomiesieczna noc go dobijala. Robil bilans za bilansem i nic to nie dawalo. Caly czas deficyt. Deficyt wszystkiego. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. "Sa takie których choc bardzo by chcialy nie da sie dotknac rekami" tak napisala Blanka. Tanczyla na ulicy zeby nie spac na ulicy. Napisala tez o tancu ze to: " Dedykuje wszystkim samotnym zebrakom, którzy patrzyli na mnie niebieskimi oczami. Tym, co sie nigdy nie sprzedali i tym, co sprzedaja siebie, by nie sprzedac marzeñ. Tym, co im starczylo odwagi, ale wzieli za malo prochów (90 to za malo). Albo nie te (nie brac prochów we Francji, za slabe). Tym, co w nich teraz wiatr hula". Tak pisala. Dzieki Blance dowiedzial sie ze 90 prochow to za malo. We Francji. Uratowala mu tym zycie. Jemu. Samotnemu zebrakowi z niebieskimi oczami.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Emmanuel. Mowili na niego Manu. Manu przychodzil do niego jak do siebie. Stary kumpel Nadii. Talent. Muzyka. Teatr. Slowo. Mowil kilkoma jezykami. Przypomnial sobie to lato. Rekordy goraca. Sierpien. 45° w cieniu. Rose pracowala wiec nigdzie nie wyjechali. Na basenach tlum. Nie bylo warto. Siedzieli z Manu dzien w dzien na tarasie. Kilkadziesiat litrow rozowego lekkiego wina z Avignonu. Dobre sery. Owoce. Salata. Zalewali sie ze smiechem. Marzyli. Wspominali. Niekonczace sie dyskusje. Duzo literatury. Mowili o kinie. Dobrym kinie. O wolnosci. O nadziei. Byl taki gorac ze nawet nie mozna bylo sie upic, a w nocy spac. Rose przychodzila i patrzyla z szeroko otwartymi oczami na ten tarasowy bajzel. Rozpoczynal sie drugi akt. Goraca noc i nadal to wino. Z Rose. Kochali sie na tarasie. Spali pod golym niebem. Bylo widac gwiazdy. W Paryzu to rzadkosc, ale z powodu tej pogody zycie wielkiego miasta zamarlo. Polowa Paryza uciekla. Nie bylo zanieczyszczen. Widac bylo mrugajace gwiazdy. Kochali sie pod gwiazdami Paryza. Pod koniec lata Manu zadzwonil. Banalna rozmowe przerwal nagle: Po co ja sobie bede zawracal tym glowe. Rozlaczyl sie. Wlazl na krzeslo. Mial okna w suficie na dach. Wydrapal sie. Skoczyl z tego dachu. Kurwa mac. Kurwa mac, Manu. Powiedzial jak patrzyl na trumne z dwiema datami: 1963-2003. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Czwartek. Popatrzyl na zegarek. Jest juz po 19-tej. Pewnie myje glowe. Na spotkanie z J-M. Pomyslal. Stalo sie. Piepszona wyobraznia. Jego stara popierdolona wyobraznia. Jego zmeczony mozg. Co trzeba zrobic zeby nie myslec. Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Cos trzeba zrobic. Wyszedl w mokra noc. Bez celu. Bylo pusto. Cicho. W ciemnosci ktos wyszeptal jego imie. Nie mogl ich rozpoznac z tymi czarnymi szalikami na twarzach. Agnes i Celine. Kleily plakaty dla Action Directe. Ultralewicowa organizacja. Lewicowi terrorysci. Lata temu. Kiedys. Teraz wszyscy gnija w wiezieniu. Dozywocie. Rak mozgu. Schizofrenia. Dziewczyny kleily nielegalne plakaty z apelem o amnestie. Sa zielono szare na twarzach. Nie wiadomo czy z zimna czy ze strachu. Jakby je dopadla bojowka nazistowskich skinow to maja przejebane. Lub policja. Wiec zeby bylo szybciej to naklejaja golymi dlonmi. Wodnym klejem. Jest chyba 0°. Przestancie sie trzasc. Powiedzial. Chodzcie na herbate. Myly dlugo swoje szare dlonie w kuchni. Trzymaly te palce w cieplej wodzie i szczebiotaly. Rozluznialy sie. Gadali o wszystkim. Nie o polityce. A moze i o polityce. O wszystkim. Pily herbate za herbata. Ociagaly sie. Wreszcie, pozno, odeszly w te zimna noc zeby kleic. Zostawily mu jeden plakat. Na pamiatke. Bede pamietal. Powiedzial. Agnes i Celine. Ta sama Agnes co plik Pamela w jego komputerze. Dziwne. Ktora prawdziwa? Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dzielnica . Jego dzielnica. Najlepszy Paryz. Komuna Paryska. Anarchisci. Komunisci. Artysci. Muzulmanie. Zydzi. Rosjanie. Integrysci. Afrykanczycy. Arabowie. Polacy. Czarni. Czerwoni. Niebiescy. Zolci. Wszystkie kultury, narody. Duza czesc na lewych papierach. A jak papiery sa dobre to cos z glowa nie tak. Policja chodzi tu tylko grupowo. Na placu Henri Krasucki sa cztery bary. Zawsze cos sie dzieje jak nawet nic sie nie dzieje. Egipska zupa i biale piwo. Jego kolacja. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Dzien . Nowy dzien. Przyszedl mail od Blanki.: " Nie potrafie dzisiaj Mowic. Oczywiscie nie przez caly czas - przed chwila nawet darlam sie jak zabijana - ale to nie jest Mowa. Czuje, ze naprawde bierze mnie szalenstwo - juz to niekontrolowane - bo za duzo chyba we mnie...Kamienie... Kamienie nasuwaja skojarzenie, ze sie nimi rzuca - ale paradoks, to to, ze ci, ktorzy ewentualnie byliby na celu, nigdy tych slow nie przeczytaja, tylko inni, w ktorych nie rzucalabym nigdy niczym. " Wesolo. Kurwa. Pomyslal. Tylko zeby sie nie pochlastala. Albo rzucila pod metro. Juz probowala. Ktos ja zlapal za te szmaty co nosi. Ma w sobie wariatke. Wie o tym. Jak w tej swojej piosence co mu spiewala." J'ai une folle en moi- mam w sobie wariatke. "..Ma to napisane zyletka na czole, i w oczach. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Kupil czekoladowy tort. Przyszla. Jej urodziny. Z dziennym opoznieniem. Ale nie jest pierwszy na liscie. Jest was dwoch. Powiedziala i parsknela smiechem. J-M odjechal do Londynu. Wiec przyszla. Jeszcze na resztkach pigulki ekstazy. Tanczyla do 6 rano. W Rex Club. Miala szeroko otwarte oczy. Zdmuchnela swieczki na torcie. Przyniosla duza butelke wodki. Wyborowa. Lapowka. Przekupstwo. Ofiara. Cos w nim drgnelo. Duza butelka. Zaczal pic. Szybko. Mimo ze mu nie wolno. Czysta z cytryna. Pil szybciej niz ona sama. Nic nie pamietal. Zostaly tylko zdjecia. Setka. Ponad. Jak film krotkometrazowy. Klatka po klatce. Pstrykal jak popadlo. Siedzieli w pracowni. Przy stole. Zdjela trampki I dzinsy. Rozebrala sie. Przed nim. Wlozyla czarna sukienke. Otwarta z przodu. Czarne buciki. Christian Lacroix. Blyszczaly. Krecila sie jak w tancu. Usiadla i polozyka mu swoje nogi na kolanach. Pil i glaskal. Szla przed nim po schodach do sypialni. Patrzyl na jej tyl w czarnej luznej sukience. Popatrzyla na swoje odbicie w lustrze. Nie mam biustu. Nie masz. Powiedzial. Polozyla sie. Robil zdjecia. Sciagnela tylko do kolan czarne majtki. Wie ze tak jest ladnie. Smiala sie. Trzymala caly czas szklanke i butelke. Polozyl swoja glowe przy jej kroczu. Chce autoportret. Zdjecia wyszly zamazane. To nawet nie byl seks. To byl wodkowy bajzel. Turlali sie po lozku. Usiadla mu na twarzy. Caly czas szczebiotala. Skakala. To resztki tych prochow we krwi. I wodka. Cala butelka. On nic nie pamieta. Urwal sie film. Jedno z ostatnich zdjec mowi o wszystkim. Lezala na brzuchu na rogu lozka. Jej wypiety w powietrzu tylek swiecil otwartym wylizanym kroczem. Jej glowa z rozgnieciona twarza na podlodze. Bezwladnie rozzocone rece. Lozko pokryte polaroidami. Ale nie tak jak ostatnim razem. Zrobione byle jak. Polaroidy poplamione I mokre od wodki,cytryny, potu i spermy. Bajzel. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Spedzili cicha, spokojna niedziele jak by zyli razem od lat. Rano zrobila mu sok ze swierzych pomaranczy. Poszli na targ. Zakupy. Warzywa. Swierze mieso. Zrobila obiad. Umyla naczynie. Wydawalo mu sie ze mieszkaja razem. Chcial tego. Pragna tego. Ty durniu. Ona wie co robi. Robi to tylko dla ciebie. Bo cie lubi . Pomyslal. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Wieczorem przyslala mu kilka zdjec. Swoich. Wygladala na nich jak mala dziewczynka. Usmiechnieta. Letnia sukienka. Albo w futerku. Snieg na plantach w Krakowie. Krakow. Jeszcze tylko tydzien. Znowu bedzie siedzial w Dymie. Zakopane. Sprawdzil pogode. Snieg. Slonce. Jak na pocztowce. Pomyslal. Wynaja sobie film. Aby sie rozprezyc. Lady Chance. Drugorzedny film z Las Vegas w tle. O facecie, ktory przynosi pecha grajacym w casino. O kelnerce .
O braku szansy. O polamanym za kare kolanie. Mlotkiem. O twarzy kelnerki wbitej w lustro. Tez za kare. Drugorzedny film. Lubi takie filmy o Las Vegas. Taki wspolczesny Egipt. Wspolczesny Delos. Jego Delos. Na slubie Douglasa w Casino Rio mial wynajety apartament. Tylko dla siebie. Cala sciana byla ze szkla. Wysoko. Bylo widac pol miasta.
I pustynie za miastem. I gory. A w nich Death Valley. Dolina smierci. Zabirski Point. Jezdzil tam. Pamieta. Sol. Wielokilometrowe platy snieznobialej soli. Cisza. Upal. Do 50° w Sloncu. Brak wiatru. Sol zmodelowana skokami temperatury w ostrza jak brzytwy. Pocial sobie buty. Niegdysiejsze karawany osadnikow nie mialy zadnej szansy. Krowy ciagnace wozy podaly z krwawiacymi kopytami. Kola wozow tonely w slonym blocie o stezeniu kwasu. Ludzie umierali z wysilku, upalu I pragnienia. Dead Valley. Dolina smierci. W inna strone widac bylo dalekie wzgorza , za ktorymi byla " Area 51". Inna plaszczyzna smierci. Innej smierci. Wspolczesnej. Tutaj w latach piedziesiatych byl teren testowania bomb atomowych. Ponad piecset eksplozji w atmosferze. Wylatywaly okna w Las Vegas. Ludzie wtedy klaskali. Klaskali i dalej grali w ruletke. Ku chwale USA. Na pustyni sa olbrzymie kratery ze szkla. To stopiony piasek. Milionowa temperatura zamieniala piasek I skale w plyn. Jak to gowno styglo to robilo sie z tego szklo. Boom. Boom. Jezdzili tam ostro. Po kamienistej pustyni. Po twardej jak beton soli. Zatrzymali sie przypadkowo w opuszczonej norze. Dead Valley Juncion. Nie mieli juz wody. Pragnienie. Oni i samochod. Rozpiepszona chlodnica. Zatrzymali sie na rynku poroslym krzakami. Cisza. Wiatr. Pyl. Upal. Opuszczona pomeksykanska dziura. Mieszkala tam wtedy tylko jedna osoba. Marta Becket. Zwariowana tancerka, ktora uciekla z Nowego Jorku. Ze rujnowanej stodoly zrobila sobie teatr. Nie bylo widzow, wiec publicznosc sama sobie namalowala na scianach. Tanczyla codziennie. Bez publicznosci. Codziennie. Przy swieczkach. To byl jej styl. Dyscyplina. Zamieszkaj tu. Powiedziala. Wez sobie te ruine obok i zrob pracownie. Maluj tu. Mieszkaj tu. Powiedziala ta wariatka. Taka Blanka. Tez wariatka.Tylko 20 lat temu. Marta Becket. Pomyslal. Styl. Prawdziwy styl. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Samuel. Pomyslal. Inny Beckett. Przez dwa tt. "Czekajac na Godota". Wszyscy to czytali. Widzial kiedys spektakl z Romanem Polanskim w roli glownej. Czekajac na Godota. Uczymy sie tego w szkole ale niczego nie rozumiemy. Trzeba przejsc przez zycie aby zrozumiec o co chodzilo Samuel'owi Beckett'owi. Wszyscy jestesmy w tej pierdolonej poczekalni na Godota. Pomyslal. Kurwa. Styl. Literatura. Przeczytal ostatnio dwie ksiazki o ktorych pamieta. Przeczytal ich wiecej ale pamieta dwie: Philip'a Roth'a " Dying Animal" ( Zdychajaca Bestia)i "The Surrender" (Oddanie, albo raczej kapitulacja) Toni Bentley. Roth'a zna od wielu lat, "Bestia" to taka historia intelektualna: stary facet i studentka. Klasyka. Piepszenie starego faceta. Mlodej. Intelektualnie. Jak zwykle. Ta druga ksiazka napisana przez amerykanska pisarke Toni Bentley go zaskoczyla. Hymn o sodomi. Oddanie. Kapitulacja. Surrender. Jej osobista literacka euforia o 298 penetracji analnych. Dwa lata dawania dupy. Hit literatury wspolczesnej. Piekno. Wspanialy jezyk. Dzielo. Styl. Sztuka. Krytyka sie zachlystywala. Nigdy zadna kobieta nie napisala o tym w ten sposob:.." Rozkosz nie jest przykladem bolu, to jest terytorium ponad, I to w tym roznica"…On nie lubil sprawiac bolu. Ale lubil to robic. Stosunek analny. Sodomia. " Nie lubie tego , ale z toba to lubie". Patrzyly mu w oczy przez plecy. Przypomnial sobie ile razy one tak mowily. Wszystkie. Nadstawiajac tylek do gory. Kobiety lubialy jego podejscie do tematu. Mialy zaufanie. Bez przemocy. Slotko. Bez brania I poddawania sie. Bez krwi. Ona tez mu to powiedziala. Lubil robic to z nia. Podawala mu jak ciastko z kremem. Sama prowadzila. Slizgala. Wbijala. Delikatnie rozchylala posladki. Palcami. Ale jej bol go nie podniecal. Wrecz przeciwnie. Zniechecal. To ma byc jak ciastko z kremem. Maslanym. Pelnotlustym. Ma sie slizgac. Tu i tam. Dwie sprawy. Dwie norki. Lubi to. Pragnie tego. On jest zupelnie hetero. Stosunek analny z kobieta nie ma nic wspolnego z zainteresowaniem homoseksualnym. Jest wielka tajemnica , z ktorej kobiety czesto nie zdaja sobie sprawy. Stosunki homo pomiedzy facetami sa oparte na tym ze mezczyzni posiadaja prostate. A kobiety nie. Dlatego jest inaczej z kobietami. Cala przyjemnosc jest w pierscieniu analnym. I cipce. W wchodzeniu. I wychodzeniu. Pochwa. Anus. Rodzaj gry. Tu i tam. Natomiast pomiedzy facetami rozkocz jest dalej i inaczej: prostata. Draznienie prostaty.To tyle. Styl. Piekno. Sztuka. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Zadzwonil. Byla chora. Antybiotyki. Zatoki. Goraczka. Biedna. Po tych kilku dniach gonienia jak pies, placila. Mokre wlosy przed spotkaniem z J-M. Tanczenie w Rex Club. Wodka u niego. Trzy noce jedna za druga. A teraz antybiotyki. Mowi przez zatkany nos. Gadali sobie dlugo. Wysylali sobie fotki. Poslal jej zdjecia jak byl opalony. Kiedys. Plaza. Slonce. Relaks. Teraz wyglada inaczej. Szaro -zielona twaz. Zapadniete oczy. Strach. Maska. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Rozmawiali o zepsuciu. Padlo to slowo przpadkowo. Oddzielil Dobro I Zlo od Zepsucia. Gra perwersyja. Czy zepsute zlo jest dobrocia? Zapytal. Nie odpowiedziala. Zapedzil sie daleko. Nie umie klamac. Ale czy mowi prawde? Przyslala mu zdjecie z komentarzem: "To jest dokladnie to, co mnie "porusza" najbardziej, najsilniej przemawia..." Jedno smutne zdjecie. Zdjecie glebokiej, wielopietrowej, pustej klatki schodowej. Chyba z Krakowa. Klatka. Dziecinnstwo. Przepasc. Studnia. Schody dookola. W srodku pustka. Dno. Tak, to przepasc. Przepasc z naszej przeszlosci. Przypomnial sobie inna klatke, podobna, ulica Smolensk. Podworko. Jaskolki w srodku lata. Pierwsze kroki. Zardzewiala skrzynka pocztowa. Punkt zero. Terytorium pamieci. Gleboka studia. Klatka schodowa. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Przyszedl Swiety Walentyn. Dzien zakochanych. Pomyslal. A raczej nie zakochanych. Milosc nie potrzebuje juz Swietego Walentynego. Popatrzyl w okno. Krople deszczu na szybie. Szaro. Poslal jej piosenke Leonarda Cohena. …"If you want a lover I'll do anything you ask me to and if you want anather kind of love I'll wear a mask for you."… Tylko w jaka maske sie przebierze? Mial juz tylko jedna. Swoja morde. Pysk.Ten co nosil codziennie. Stary. Zniszczony. Ma tez inna maske na scianie. Rose kupila w Tunezji w sklepie z pamiatkami , taka indonezyjska maska jakiegos maszkarona. Okropny grymas. Przylozyla ja na twarz i zatanczyla polnaga w hotelowym pokoju. Rytualny taniec konca. Podarowala mu. Prezent. Ostatni. Bedziesz zawsze myslal o mnie patrzac na to. Powiedziala. Cynicznie. Przybil te maske do sciany. Gwozdziem. Wstretny grymas. Tam gdzie wisial jej portret. Kiedys. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Zadzwonila po pracy. Poszli do Café Charbon. Tlum na Sw Walentyna. Wszyscy spragnieni milosci. Wygladala przy nim jak mala dziewczynka. Czerwony plaszczyk. Czerwone korale na szyi. Grzywka. Konski ogon. W restauracji tylko mlodzierz. Imponowalo mu to. Tania satysfakcja. Widzial w oczach innych zazdrosc . On stary, zmeczony, lysy. A ona ile moze miec lat? Widzial to w tych spojrzeniach. Taniocha. Wiedziala co robi. Dla niego. Mala dziewczynka. On ja bardzo lubi za to ze go troche lubi. Szczebiotala do niego usmiechnieta. Prawie nic nie pili. Taka mila kolacja. Rizotto i tatar. Spacer do domu. W gore ulicy Menilmontant. Sluchali troche muzyki klezmer. David Krakauer. Czul sie lekko. Spokojnie. W sypialni bylo goraco. Rozebrala sie. Wszystko na czerwono. Zostaw korale. Nie zdejmoj. Zajmij sie mna. Powiedzial. Ona lubi to jak on prosi. Nie bierze inicjatywy, bo czeka jak poprosi. Pieprz mnie. Powiedzial. Ja cie zawsze piepsze. Odpowiedziala. Zawsze. Lubi go. Troche. Zasmiala sie. Podarowala mu to jak chcial. Tu, tam I znowu tu. Piepszyla go. Skonczyl na niej. Dwa razy. Az sie zdziwila. On tez. Pochlapana. Swiecaca. Ciepla. Rozluzniona. Mila. Jutro czwartek.
J-M. Opowiadasz mu o swoich przygodach?. Zapytal. Czasami. O niektorych. Powiedziala. Zasnela. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Tataounie. Pomyslal. Tatauine. Bylo to kiedys. Pomyslal. Poludniowa Tunezja. Klin Sahary pomiedzy Algieria i Libia. Dawny oboz dla francuskich kryminalisow. Baza legionow. Nigdzie. Koniec asfaltowej drogi. Dalej kamienie. Miasteczko otoczone czerwonymi gorami. Dalej sie nie da jechac bez specialnego sprzetu. Wode i benzyne trzeba wlec ze soba. Kiedy wysiedli z terenowego auta to ledwo trzymali sie na nogach. Taki upal. Bolaly ich plecow od wielokilometrowego skakania auta po kamieniach. Pragnienie. Piasek zgrzytal w zebach. Palil oczy. Hotel w dolinie. Raj. Dookola gaj palmowy. Dalej pustynia. Skaly. Czerwone. Posrodku basen. Blekitna czysta woda. Skoczyl. Czol chlod wody na spalonej skorze. Nawet sie nie wytarl. Wyschlo w kilka sekund. Szedl dlugim korytarzem. Cisza. Pusto. Cala kupa oprawionych zdjec na scianach. Nie zwrocil na to uwagi. Otworzyl drzwi. W pokoju bylo chlodniej. Klim na max. Lezala na bialym przescieredle. To bylo jeszcze wtedy kiedy go kochala. Dawno. Mowila to kazdej nocy. Kocham. Kocham naprawde. Na zawsze. Biala posciel. Naga. Z paskami opalenizn. Poparzen od slonca. Pomaranczowo brazowa. Ze sladami przeciwslonecznych okularow i chustki na ustach. Zeby piasek nie gryzl. Lezala na plecach. Stal i patrzyl jej w oczy. Powoli rozchylila nogi. Byla tam juz mokra. Bardzo mokra. Ale to nie byl pot. Patrzyl na te male kropelki splywajace na posciel. Krzyczala nie wydajac glosu. Aby ja nie slyszeli. Bo to tylko hotel. Spokoj. Ciche, gorace popoludnie. Miala szeroko otwarte usta. W grymasie krzyku. Drapala jego nadpalone, poparzone plecy. Bila go po tych plecach. Przywarla do niego.
Lalo sie z niej. Cieply, goracy plyn. Mial czerwone oczy. Od piasku. I lez. Lez szczescia. Tataouine. Tunezja. Chce mi sie pic. Powiedziala. Wstal. Wyszedl z pokoju szukac baru. Szedl korytarzem i zbaranial. Te zdjecia. Na ktore wczesniej nie zwrocil uwagi. Oprawione, stare zdjecia. Wszedzie. Na nich mlodzi, radosni chlopcy. Blond z jasnymi oczami.
W pastelowych letnich mundurach. Krotkie spodenki. Africa Corps. Pancerna dewizja Generala Rommel'a. Trzecia Rzesza. 1942. Niemiecka proba odbicia francuskich i brytyjskich kolonii w Afryce Polnocnej. General Rommel. Bral sie za Aleksandra Wielkiego. Nic po nich nie zostalo. Tylko te zdjecia. Pustynia. Mlodosc. Ambicja. Wojna. Pancerne samochody aliantow zapadaly sie w piasku. Nie mogly wyjechac z wydym. Niemcy natomiast mieli gasienice na kolach. Jezdzili po piasku jak weze. Latwo im bylo celowac to tamtych, zagrzebanych, zablokowanych. Bum. Bum. Gowniarze polowali na gowniarzy. Bum. Bum. Potem sobie robili zdjecia. Trofea. Jak na safarii. Rozwalone czolgi, auta pancerne. Rozwaleni gowniarze. Z Anglii. Nowej Zelandii. Francji. Australii. No i z Polski. A oni z Monachium czy Kolonii. Frankfurtu. Hamburga. Pozowali. Robili sobie pamiatki mlodosci. Cieszyli sie. Drobne dopiski na zdjeciach. Odreczne. Wielka wystawa chwaly Wermachtu. Africa Corps. Tataouine. Zbaranial. Stal przed tymi zdjeciami. Sparalizowany. Wyszla z pokoju. Co jest grane. Gdzie ta woda. Pic mi sie chce. Powiedziala. Spadamy z tad. Natychmiast. Pakuj sie. Odpowiedzial. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Byl w Tunezji juz dziesiec razy. Z Myriam. Z Sandrine. Z Rose. Sahara. Lubial tam jezdzic. Najpiekniejsze pejzaze, widoki. Ocean wydm. Piasek. Czerwony. Zolty. Bialy. Pustynia soli. Pustynia piasku. Pustynia skal. Tozeur. Douz. Tataouine. Chenini. I ta oaza : Ksar Ghiliane. Baza dla terenowych aut. Jeden wielki parking. Dziesiatki aut. Nigdzie. Pejzaz jak z ksiezyca. Rajdowe, terenowe, roznokolorowe auta. Wszedzie gdzie popadlo. Niektore pogniecone i porozbijane. Jezdzenie po Saharze to nie zarty. Baza. Tu byl Raj. Woda. Benzyna. Namioty. Palmy. Stado wielbladow. Naturalne zrodlo cieplej wody. Mozna bylo sie nareszcie umyc, wykapac. Zmyc piasek. W nocy rozpalali duze ogniska. Sluchali muzyki I spiewu arabskich kierowcow. Jedli przy swieczkach. Spali na piasku. Na kocach. W namiotach bez podlogi. Nad nimi miliony gwiazd. Wszedzie. Krystaliczno czyste powietrze. Kosmos. Wrzechswiat. Jedna wrzasnela ze strachu jak skorpion przebiegl jej po twarzy. Smiali sie. Tamta nie mogla zasnac. Plakala. Rano gwaltowna pobodka. Dla wszystkich. Przed wschodem slonca. Stali i czekali. Cisza. Msza. Celebracja piekna. Stali I patrzyli na ocean wydm. Na kilka minut wschodzace slonce zalewalo wydmy czeronym kolorem. Na kilka minut. Dech im zaparlo.
W ciszy slychac bylo tylko trzaski aparatow fotograficznych. Kilka minut. Koniec. Zolty piach i upal. Koniec. Kilka minut. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Poczol znowu zmeczenie. Cisza. Bezsilnosc. Zycie jest podroza. Pomyslal. Jego podroz. Tylko on teraz siedzi jak autostopowicz na plecaku przy skraju drogi. Drogi do nikad. Drogi zmytej powodzial. Albo peknietej po trzesieniu ziemi. Nieskonczonej. Nie ma nikogo , kto by mogl go zabrac. Czekanie na Godota. Przestan. Pomyslal. Przestan. Przecierz juz masz bilet do Krakowa. Jeszcze pare dni. Pomyslal. Pocieszyl sie. Podroz. Zycie. Jedna wielka podroz. Tadeusz Kantor powiedzial: "Ja juz dawno oposcilem autostrade awangardy i ide swoja sciezka na cmentarz". Dobrze powiedzial. Wleczenie sie na cmentarz. Z plecakami. Workami. Walizkami. Cale nasze zycie. Pomyslal. Podroz. Ucieczka. Zycie. Nic nie bylo z gory obiecane. Jedne wielkie oszustwo. "Gdzie jest to obiecany bankiet?" Spiewal Jimi Morrison. Lezy teraz na cmentarzu Pere Lachaise. Zapil sie na smierc. Zacpal sie. Chcial byc poeta. Chcial byc niesmiertelny. W Paryzu. Jest niesmiertelny. Jest poeta. Jego muzyka. The Doors. Wainting for the sun. Riders on the storm. Dudnilo mu w glowie. Muzyka. Ratunek. Celebracja. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Przypomnial sobie. Dzisiaj jest wieczor poswiecony Frankowi Zappie. W malej knajpce. Przychodza tam rozne swiry sluchac Zappy. Pojde tam. Pomyslal. Wieczorem. Aby zapomniec. Jak ona bedzie myc glowe. Przed spotkaniem z J-M. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Frank Zappa. Lubi go. Ma okolo szesdziesieciu plyt Cd Zappy. Widzial go na zywo chyba z piec razy. Ciagle to slucha. W barze bylo goraco. Biale piwo. Poprosil. Muzyka. Glosno . Po piatym piwie , kiedy jakas Swieta Magdalene usilowala mu wcisnac swoje poglady na temat Swietego Franciszka Zappy, poddal sie. Byl niegrzeczy. Jak rzadko. Spadaj suko. Powiedzial. Czy cos takiego. Rzadko byl wulgarny, ale na szczescie byla tak pijana ze nie zrozumiala. Zrobilo mu sie wstyd. Tania agresywnosc. Wyszedl z baru. Czy juz jej wyschly wlosy? Pomyslal. Aby zapomniec to wpadl do innego grajdola. Feline Club. Bylo juz pozno. Rokowa muzyka na zywo. Burdel. Wszyscy pijani. Wszyscy krzycza. Ciasno. Bialeeee piwooo. Wrzasnal. Nieee maaam. Tylko zwyklee. Wrzasna barman. Shit. Niech bedzie zwykle. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Weekend. Jego prezentem na 28 urodziny Estery byl bal u niego w pracowni. Estera I Misiu przygotowali caly sprzet. Bal na cala noc. Mlodzierz. Fajnie bedzie. Pomyslal. Przyszla. Wziela ekstazy. Przyznala sie. Pila. Mowila szybko i glosno. Ale uwazala zeby on nie pil. Grzecznie kontrolowala. Tanczyli. Fajnie bylo. Zadzwonil telefon. Zbaranial. Rose. Zbaranial. Pyta czy moze przyjsc zobaczyc Estere. Zbaranial. Weszla. Piec miesiecy temu wyszla tymi samymi dzwiami. Piec miesiecy. Schudla. Wyglada ze jest zmeczona, zapracowana. Zrobilo mu sie zal. Jej i siebie samego. Przywitali sie dyplomatycznie, a moze cynicznie. To wystko. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Impreza trwala cala noc.
Nie zamowil ani slowa z Rose. Apokalipsa jest za nami. Glowe mial gdzies indziej. To byl wieczor dla Estery. Glosna muzyka, projecja video na scianie, migotanie swiatel. Mimo uwagi to jednak upil sie. Stal sie senny. O piatej nad ranem wyladowal jak kloda w lozku. Prawie wszyscy wyszli. Zostala Estera, Rose I Ona. Na ekstazy. Przez dwie godziny gadaly, szczebiotaly, pily I smialy sie razem. Jednej kobiety nie zrozumiesz przez sto lat. Wiec nie proboj zrozumiec trzech na raz. Pomyslal. Poddal sie. Rose wyszla ostatnia. Zostala tylko ona. Ona zamknela te drzwi za Rose. A przeciesz wszystko mialo byc inaczej. Niedziela. Nadszedl ostatni wieczor przed odlotem. Znowu byla mila, spokojna, specjalnie dla niego. Panowala atmosfera zrozumienia. Proba nadziei. Byl zrezygnowany. Potrzebuje tej podrozy. Musi tam poleciec. Odlaczyc sie . Wiem. Uslyszal. Wie on nim duzo. Bez tajemic. Zrobila salate. Ogladali telewizje. Kochali sie tak jak chcial. Spali wtuleni. Czul sie dobrze. Rano w lazience przygladal sie jak sie maluje. Wypili kawe. Przed wyjsciem, juz w czerwonym plaszczu, odwrocila sie i przytulila go. Bedzie mi cie brakowac. Uslyszal. Trzasnely drzwi.
A przeciesz wszystko mialo byc inaczej.

Bogdan Korczowski wiosna 2007© Paris

Korczowski Copyright©2007
All materials appearing in this Korczowski web site are under protection of international copyright laws.
No painting may be reproduced, copied, stored, manipulated or used whole or in part of a derivitive work,
without the written permission of Korczowski. All rights reserved.


Korczowski Prawa Autorskie©2007
Wszystkie materialy na stronie internetowej Korczowski chronione sa prawami autorskimi. Zadna praca nie moze byc reprodukowana, kopiowana, przechowywana, przetwarzana, albo uzyta w calosci lub czesci, bez pisemnej zgody. Wszystkie prawa zastrzezone.